środa, 31 maja 2017

#174 Ulubieńcy maja.

Już koniec maja?! Kiedy to zleciało.. Zaczynamy czerwiec, a więc coraz bliżej do wakacji! Ale zanim go zaczniemy, to oczywiście muszę podsumować ten miesiąc ulubieńcami. Zapraszam do czytania! :)

MUZYKA

♥ Tini Stoessel - Si Tu Te Vas
Nie jest to nowa piosenka, ale dopiero w tym miesiącu wyszedł do niej teledysk, w którym się zakochałam.



♥ Lodovica Comello - 50 Shades Of Colours


♥ Demi Lovato - No Promises
Pisałam o tej piosence w poprzednich ulubieńcach, ale dopiero w maju pojawił się do niej teledysk <3



♥ Adriano Celentano - Soli
Stara, włoska piosenka. Bardzo kojarzy mi się z wakacjami i wyjazdem do Włoch. Dopiero teraz udało mi się znaleźć jej wykonawcę i tytuł.


♥ Miley Cyrus - Malibu
Miley wróciła! I to w jakim stylu <3



♥ Kristian Kostov - Beautiful
Piosenka reprezentanta Bułgarii podczas tegorocznej Eurowizji, był jednym z moich dwóch faworytów. Zdecydowanie zasługiwał na wygraną, a występ Portugalii ani trochę mi się nie podobał :c



♥ Nathan Trent - Running On Air
To mój drugi faworyt z Eurowizji, reprezentant Austrii <3




KSIĄŻKI

♥ "13 powodów" Jay Asher

"Clay Jensen wraca do domu ze szkoły i przed drzwiami znajduje dziwną paczkę. W środku jest kilka taśm magnetofonowych nagranych przez Hannah, koleżankę z klasy, która dwa tygodnie wcześniej popełniła samobójstwo. Dziewczyna wyjaśnia, że istnieje trzynaście powodów, dla których zdecydowała się odebrać sobie życie. Clay jest jednym z nich i jeśli wysłucha nagrania, dowie się dlaczego. Chłopak przez całą noc kluczy po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Staje się świadkiem jej bólu i osamotnienia, a przy okazji poznaje prawdę o sobie i otaczających go ludziach, której nigdy nie chciał stawić czoła. Z przeraźliwą jasnością dociera do niego, że nie da się cofnąć przeszłości, podobnie jak nie da się powstrzymać przyszłości…"

Świetna książka, bardzo wciągająca i mówiąca niestety bardzo wiele na temat tego, co teraz dzieje się wśród młodzieży w szkołach.

zdjęcie z Google Grafiki


♥ "Bezcenny" Lauren St John

"Piętnastoletnia Casey mieszka w ponurej dzielnicy Londynu i pracuje jako wolontariuszka w miejscowej szkółce jeździeckiej. Marzy o zwycięstwie w elitarnych zawodach jeździeckich Badminton Horse Trials. Gdy ratuje wygłodzonego i na wpół dzikiego konia, zaczyna wierzyć, że wszystko jest możliwe… Nie przewidziała jednak, jaki wpływ na jej plany mogą mieć kryminalna przeszłość jej ojca oraz niepokojąca obecność pewnego ciemnookiego chłopaka o ujmującym spojrzeniu..."

Bardzo ciepła, wciągająca i przyjemna książka. Po tej poprzedniej dobrze jest przeczytać coś lżejszego.

zdjęcie z Google Grafiki


♥ "Wyścig z wiatrem" Lauren St John

"Dla Casey Blue zakwalifikowanie się do prestiżowych zawodów jeździeckich jest spełnieniem dziecięcych marzeń. Niestety cudowny splot wydarzeń zmienia się w koszmar… Ojciec dziewczyny zostaje oskarżony o popełnienie zbrodni, a ona sama pada ofiarą podstępnego szantażu. Co gorsza, Casey znów ma problemy ze swoim koniem."

Druga część wspomnianej wyżej książki, również bardzo ciekawa, sympatyczna i wciągająca.

zdjęcie z Google Grafiki



JEDZENIE

♥ Jogurty greckie Tolonis- kokosowy i śliwkowy z czekoladą- niedawno pojawiły się w Biedronce, spróbowałam i się zakochałam <3 Szczegółów zdradzać nie będę, bo ukażą się recenzje wszystkich wariantów.

zdjęcie z Google Grafiki


♥ Lód arbuz- nagle z zimy zrobiło się lato, co za tym idzie trzeba się chłodzić. Nic tak nie pomaga jak lody- moim ulubieńcem był arbuz (którego recenzja prędzej czy później również się pojawi).

zdjęcie z Google Grafiki


♥ Tofex z Krowarzywa- czyli wegański burger z tofu, warzywami i sosem pomidorowym i koperkowym. Jadłam go podczas wycieczki do Krakowa <3



♥ Deser z tapioki z wsadem brzoskwiniowym- na pewno wiele osób widziało te deserki w Lidlu. Wersja brzoskwiniowa zasługuje na bycie ulubieńcach, ale dokładniejszy opis pojawi się w recenzji :)




KOSMETYKI


Od lewej:
♥ Pomadka do ust K lips Lovely.
Podróbki pomadek od Kylie Jenner, ale w życiu nie wydałabym tylu pieniędzy na oryginał, zwłaszcza, że z tej jestem zadowolona. Piękny kolor!
Gdzie kupić: Rossman 

♥ Mgiełka do ciała o zapachu truskawki i białej czekolady.
Przepiękny zapach!
Gdzie kupić: AVON



WYDARZENIA

♥ Osiemnastka koleżanki.



♥ Nocowanie

Wegańskie żelki, chipsy z bobu, wino, pizza i Eurowizja <3




MEMY






niedziela, 28 maja 2017

#173 Recenzja: Trattoria Alfredo, mrożona pizza margherita.

Pewnego chłodnego i zimnego dnia mama wróciła ze sklepu z mrożoną pizzą. Pizza chodziła za mną już od dłuższego czasu, więc jak najbardziej byłam chętna żeby potowarzyszyć jej w jedzeniu. Dodatkowo jest to dla mnie nowość, więc będę miała kolejny materiał na recenzję.

Opakowanie jest w porządku, zdjęcie pizzy wygląda smakowicie i zachęcająco. Ale ja, jak to ja, usunęłabym coś. Nie pasuje mi tutaj informacja związana z szybkością przygotowania pizzy. Gdyby wywalić cały ten rysunek, byłoby super.


W środku zastałam cienką i całkiem sporą pizzę. Przed upieczeniem wygląda tak jak na zdjęciu- blada, z sosem pomidorowym i całkiem hojną ilością sera.


Po upieczeniu pizza zrobiła się bardzo chrupiąca (chociaż tutaj dużą rolę odgrywa czas trzymania w piekarniku), opalona, czerwona. Sos rozlał się po całości i wyszedł odważniej na wierzch, a ser rozpuścił się i zrobił się incognito, bo wcale go nie widać. Produkt pachnie pięknie i zachęcająco. Ciastowo, pizzowo (fajne przymiotniki wymyślam), pomidorowo, wytrawnie, czymś pieczonym. Ser niestety się nie ciągnie, ale czuć jego słoność, która w połączeniu z sosem pomidorowym stanowi bardzo smaczną kombinację. Do tego dochodzi mączno-maślane, chrupiące ciasto i moje kubki smakowe są w niebie.


Uwielbiam margheritę, bo niby bardzo prosta, z ograniczoną ilością składników, a jednak bardzo smaczna i efektywna. Pizza od Trattoria Alfredo była naprawdę dobra i z chęcią wrócę do niej ponownie. Co więcej, jest całkiem spora, a jak na pizzę nie ma w sobie wielu kalorii, więc jeśli ktoś się tym przejmuje, to może być spokojny.

Ocena: 5+/6

Gdzie kupić: Lidl.

piątek, 26 maja 2017

#172 Recenzja: Kinder, czekoladowe jajeczka o smaku orzecha laskowego.

Kiedy ten post się pojawi, ja będę w drodze na wycieczkę, a zapewne kiedy będziecie go czytać, to już będę w miejscu docelowym. Gdzie? Na razie nic nie powiem, na pewno pojawi się wpis z serii "Gosia w podróży". Jedynie mogę powiedzieć, że jest to wycieczka szkolna :)

Wielkanoc już daleko za nami, ale przychodzę dzisiaj do Was z recenzją produktu, który pojawił się właśnie w tamtym okresie. Mini jajeczka od Kinder!

Od razu jak zobaczyłam w sklepie ten produkt to wiedziałam, że musi trafić do moich łapek. Kinder to moje dzieciństwo, uwielbiam ich słodycze, a tutaj jeszcze dodatkowo są w takiej ciekawej, jajkowej formie. Opakowanie jest pełne życia i radości. Mnóstwo zielonych kurczaczków, czekoladowe jajo przekrojone na pół, orzechy laskowe, dodatkowo tradycyjnie pomarańczowo-białe odcienie, które już zawsze będą kojarzyć mi się tylko i wyłącznie z tą firmą.


W środku zastałam całkiem sporo małych jajeczek, opatulonych w cienką, fioletowo-biało-pomarańczową folijkę z napisem "Kinder eggs".


Po zdjęciu folii moim oczom ukazała się mini wersja jajka z niespodzianką. Ta sama brązowa barwa i ta sama biała linia. Zapach jest po prostu przepiękny i powodujący ślinotok do granic możliwości- mleczny, słodki, radosny, dziecięcy, kinderkowy (myślę, że każdy wie co to za zapach). Jeju, jak ja dawno nie jadłam nic z tej firmy! Po samym zapachu zaczęłam tęsknić za smakiem ich produktów.


Po przekrojeniu jajeczka na pół znalazłam w środku trzy warstwy- białą czekoladę, wafelek oraz krem. Krem jest słodziutki, delikatnie maślany, z nutką orzechową. Idealnie rozpuszcza się na języku. Obydwie czekolady (mleczna i biała) smakują dokładnie jak Kinder jajko; słodziutko, muliście, radośnie- cudownie! Dodatkowo rozpuszczają się gęsto i bagienkowo. Wafelek dodaje dodatkowej atrakcji- chrupania.


Jedząc całość autentycznie przenosimy się wysoko w chmurki, do krainy słodyczy i dziecięcej radości. Każdy składnik idealnie łączy się z innym, mamy w buzi imprezę pełną błogości i zadowolenia. Zdecydowanie polecam i na pewno wrócę do tego jeszcze nie raz (w następne święta zrobię chyba zapas). Chyba muszę też odświeżyć swoje kubki smakowe i wrócić do innych produktów od Kinder, bo już zapomniałam jakie są pyszne!

Ocena: 10/6 <3

Gdzie kupić: E.Leclerc

środa, 24 maja 2017

#171 Recenzja: Milbona, jogurt z wsadem bananowym i musli.

Nie przepadam za jogurtami, ogólnie za nabiałem. Ale czasami pojedyncza sztuka tak wpadnie mi w oko i tak mnie zainteresuje, że z ciekawości kupię i spróbuję. Tak było z dzisiejszym gościem, czyli jogurtem z wsadem bananowym i musli od Milbony. Jak wypadnie?

Opakowanie prezentuje się dobrze, jednak ja wprowadziłabym drobne zmiany. Usunęłabym bordowy znaczek ze słowem Utz oraz napisy nad i pod nim. Bez tego wszystko byłoby idealnie, bo według mnie te szczegóły psują ogólną prezencję. Za to bardzo spodobało mi się zrobienie połowy nakrycia przezroczystym, dzięki czemu możemy zobaczyć jakąś część musli.


Po otworzeniu opakowania zastałam biało-beżowy jogurt, dosyć wodnisty w konsystencji, trochę jak jogurt pitny. Pachniał bananem, ale takim trochę sztucznym, skojarzył mi się z Bakusiem. Musli pachną płatkowo (strasznie mi to coś przypomina, ale nie byłam w stanie dojść do tego co to mogło być), zbożowo, typowo dla większości musli dostępnych w sklepach.


Sam jogurt smakuje naprawdę dobrze! Słodki, ale nie zasładzający, lekko kwaskowy, delikatnie bananowy. Musli tak jak pachnie, tak smakuje, czyli typowo jak musli; zbożowo, mącznie, słodko. Są w nim kawałki czekolady, która jest lekko deserowa i dosyć twardawa, ale rozpuszcza się zostawiając na języku bagienko. Połączenie tego jogurtu z chrupiącym musli to naprawdę strzał w dziesiątkę. Obydwie rzeczy dobrze się ze sobą komponują i współgrają. Chętnie kupię ten jogurt ponownie i skuszę się na inne warianty smakowe. Zaletą jest również to, że skład jest dobry, a składniki pochodzą z upraw ekologicznych.



Ocena: 5/6

Gdzie kupić: Lidl

niedziela, 21 maja 2017

#170 Recenzja: Orion, mleczna czekolada z cukierkami Lentilky.

Połowa maja, a ja dodaję kolejną recenzję produktu zakupionego w czasie wakacji :P Ale jestem na dobrej drodze żeby wyrobić się ze wszystkimi do wakacji, więc nie jest źle.

 Moja mama pracuje w szkole i często są tam organizowane wycieczki za granicę. Jak byłam mniejsza, to w czasie tych wyjazdów rodzice bardzo często kupowali mi w Czechach czy na Słowacji cukierki Lentilky, uwielbiałam je. Dlatego, kiedy będąc na Słowacji, na półce sklepowej zobaczyłam tę czekoladę, to przepadłam i nie było opcji żebym mogła jej nie kupić.
Opakowanie zdecydowanie rzuca się w oczy. Po pierwsze, jest duże- produkt waży 170g. Po drugie, kolorystyka i ozdoby bardzo przyciągają wzrok- głęboki granat, latające kolorowe cukierki i dwie kostki czekolady. Byłam bardzo podekscytowana degustacją i po powrocie do Polski był to jeden z pierwszych produktów, których spróbowałam.


W środku zastałam brązową baryłkę, podzieloną na osiem rzędów, po cztery kostki w każdym. Na wierzchu można dostrzec jakieś rysunki, ale nie jestem w stanie ich zidentyfikować. Oprócz tego można zauważyć kolorowe plamki porozrzucane po całej powierzchni- są to oczywiście Lentilky. Nie ukrywam, że mogłoby być ich więcej, wtedy całość tworzyłaby kolorową i radosną drogę mleczną. Czekolada pachnie tradycyjne mlecznie, słodko.


W konsystencji produkt jest twardy, a po złamaniu wyraźnie chrupie. Smak w sumie nie zaskakuje niczym nowym ani charakterystycznym- jest to po prostu dobra, słodka, mleczna czekolada. Atrakcji dodają cukierki. Te z kolei są mocno zwartym i zbitym nadzieniem kakaowym, otoczonym chrupiącą, słodką otoczką. Są w całości, nie podzielono ich na mniejsze części, co jest wielkim plusem. Całość smakuje razem naprawdę dobrze, obydwie warstwy dobrze się ze sobą komponują.


Może nie miałam wielkiego efektu "wow" w czasie jedzenia, ale też nie zawiodłam się. Bez tych cukierków byłaby to zwykła, mleczna czekolada, natomiast z nimi mamy do czynienia z czymś oryginalnym i specyficznym. Bardzo chętnie wróciłabym kiedyś do tego produktu.

Ocena: 5/6

Gdzie kupić: Słowacja, Czechy.

piątek, 19 maja 2017

#169 Recenzja: Milka, mleczna czekolada z ciastkami oreo.

Klasyka nad klasyką, bardzo dobrze wszystkim znana- milka z ciasteczkami oreo. Do sklepów wyszła już dawno temu, na pewno większość już ją jadła i ma na jej temat wyrobioną opinię. Ale to nie oznacza, że nie mogę dodać recenzji

 Zawsze lubiłam opakowania Milki, a te nowe już szczególnie wpadły w mój gust. Wszystko jest takie płynne, plastyczne, obrazkowe. Taki trochę sen, podróż w chmurkach, dziecięca radość i wolność. Może się zapędziłam, ale puenta jest taka, że opakowanie jak najbardziej wypada na plus.


W środku znajdziemy ciemno brązową czekoladę, podzieloną na pięć rządków, po trzy kostki w każdym. Na każdej z nich jest nazwa firmy. Oprócz tego możemy zobaczyć czarną wysypkę czarne, prześwitujące kawałeczki ciastek. Pachnie słodziutko, mlecznie-śmietankowo, trochę plastikowo i sztucznie. Doszukałam się pięknej nutki kinderków <3


Czekolada jest tłusta, po dotknięciu zostawia ślady na palcach. Jest też miękka, przez co łatwo ją rozwalić w dłoniach jak i pogryźć. W smaku na pewno uderza nas typowa dla Milki słodycz- intensywna, wręcz paląca w gardło. Nadzienie jest zbite, śmietankowe, rozpuszcza się szybko w ustach.Oprócz tego obecne są malutkie kawałki ciasteczek (po dokładnym przebadaniu ich w wersji solo stwierdzam, że są to prawdziwe oreo!), które przyjemnie chrupią. Całość rozpływa się w ustach, tworząc aksamitne i głębokie bagienko, co przenosi nas prosto w cudowną krainę słodyczy (taką jak z bajek, do których każdy w dzieciństwie chciał się udać :P)
N I E B O.


Milka z ciasteczkami oreo to coś niesamowitego. Każdy jeden smak idealnie dopełnia pozostałe, nawet nie przeszkadza mi ta paląca słodycz. Zdecydowanie jedna z najlepszych czekolad od fioletowej krowy. Z wielką przyjemnością wrócę do niej nie raz, nie dwa i nie pięć :P

Ocena: 7/6 <3

Gdzie kupić: każdy sklep.

środa, 17 maja 2017

#168 Recenzja: Really Raw, Lifebar brazil guarana.

Z batonami Lifebar nie mam jeszcze żadnego doświadczenia, dlatego wazne jest jak dzisiejszy gość wypadnie, bo zrobi pierwsze wrażenie. Dobre, czy złe? Zapraszam do recenzji :)

Opakowanie jest bardzo żywe, energiczne, pozytywne, letnio-wiosenne. Idealnie nawiązuje do smaku, czyli brazylijskiej guarany, o której przed napisaniem recenzji trochę poczytałam. Pozwolę sobie skopiować fragment z Wikipedii: "Guarana działa stymulująco, znosi zmęczenie fizyczne i psychiczne, zwiększa umiejętność koncentracji i zapamiętywania. Działanie guarany można w pewnym uproszczeniu przyrównać do działania kawy. Ponieważ jednak kofeina z guarany nieco wolniej się wchłania z przewodu pokarmowego, jej działanie utrzymuje się do 6 godzin, a więc ok. 2 godziny dłużej od kawy – jest przy tym jednak łagodniejsze, mniej intensywne. Guarana wykazuje poza tym działanie antyoksydacyjne oraz przeciwbakteryjne. Zmniejsza ryzyko wystąpienia zawałów i udarów." A więc ciekawe czy po zjedzeniu tego batonika będę rozbudzona i pełna energii :P


W środku zastałam małego, prostokątnego batonika, w kolorze brązowym z wieloma dodatkami- bakaliami, orzechami. Całość przypomina mi trochę kosmos, tyle że w innym kolorze. Zapach jest słodki, suszony, trochę jakby alkoholowy.


Batonik jest mięciutki i łatwy do pogryzienia. W smaku słodziutki, owocowy. Wyczułam jakby aromat malin; nie wiem skąd się wziął, ale może to być też guarana, bo nigdy jej nie jadłam i nie wiem jak smakuje. W środku produktu jest wyraźny podział na dwie części- kuleczki i suszoną masę. Całość mogłabym podsumować jako pozytywny, pełen dziecięcej radości batonik.


To zdecydowanie był jeden z najlepszych surowych batonów jakie miałam okazję próbować. Idealnie wyważone składniki + szczypta miłości i radości, tak mogę go określić. Zdecydowanie wróciłabym do niego ponownie i skusiłabym się na inne warianty.

Ocena: 6/6

Gdzie kupić: sklepy ze zdrową żywnością, sklepy internetowe.

niedziela, 14 maja 2017

#167 Moje obiady - część 3.

Serdecznie zapraszam na trzecią część postów z moimi obiadami! :D

1. Frytki  + keczup i kukurydza z groszkiem.
Bardzo łatwo jest zrobić domowe frytki. Wystarczy obrać ziemniaki, obtoczyć w "sosie" zrobionym z oleju i dowolnych przypraw i piec w piekarniku aż będą odpowiednio chrupiące.



2. Makaron kakaowy z polewą zrobioną z jogurtu sojowego i dżemu truskawkowego z masłem orzechowym na wierzchu.
Jak tylko dojrzałam w sklepie makaron z kakao, to od razu wiedziałam, że muszę go wziąć! W smaku czuć lekką gorzkość kakao, ale nie przesadzoną; trochę jak gorzka czekolada.



3. Makaron kakaowy z cukinią i sosem pomidorowym.
Jak widać ten makaron nie jest tylko do słodkich dań, ale również wytrawnych :)  



4. Domowa wegańska pizza.
Następnym razem na pewno dodam więcej dodatków, ale mimo, że tutaj nie było ich zbyt dużo, to pizza wyszła naprawdę smaczna <3 Przepis wzięłam od Otwartych Klatek.



5. Domowy wegański burger z falafelkami.
Przepis na falafelki wzięłam od Jadłonomii (KLIK). Bułkę włożyłam na jakiś czas do piekarnika żeby zrobiła się ciepła i chrupiąca. Do środka oprócz kotlecików włożyłam sos pomidorowy, keczup, sałatę, ogórka i cebulę, ale tutaj już wszystko zależy od własnych preferencji i pomysłów.



6. Gryczane naleśniki.
Jeden z masłem orzechowym i syropem z agawy, drugi z wędzonym tofu, mini ogóreczkami korniszonymi 
i keczupem.



7. Panierowane paluszki warzywna z Tesco, wędzone tofu i sos pomidorowy.



8. Ziemniaki z zapieczonym na górze wegańskim serem z grzybami i sosem pomidorowym.
Ziemniaczki kupiłam pakowane w Lidlu (już ugotowane, a skład bardzo dobry- same ziemniaki, woda i sól), a wegański ser zamówiłam w internecie. Po zapieczeniu stał się jeszcze bardziej intensywny, niebo <3



9. Zapiekane w piekarniku ziemniaczki i sałata nadziewana sałatką.


 10. Talerz dobroci.
Zawsze jak przyjeżdżam do babci, to na obiad robi talerz pełen różnych rzeczy. Teraz miałam fasolkę szparagową z bułką tartą, ziemniaki, marynowane pieczarki, pikle, zmieloną rzodkiewkę i banana.

piątek, 12 maja 2017

#166 Recenzja: Schogetten, Black & White, mleczna czekolada z nadzieniem waniliowym i kawałkami ciastek kakaowych.

Miałam sporo wolnego w czasie matur, w czwartek nie byłam w szkole, a mimo to jestem strasznie zmęczona i padnięta. Dzisiaj w nocy ani na chwilę nie zmrużyłam oka i też nie idę do szkoły. Zapewne w chwili kiedy ten post się opublikuje, ja będę spać. Chyba mam za dużo rzeczy na głowie, chyba za dużo się dzieje, a ja tego nie kontroluję. Ale trzymają mnie zbliżające się plany na wyjazdy, spotkania, wycieczki- a tych jest całkiem sporo! Dodatkowo jest już prawie połowa maja, więc nauczyciele powinni trochę przystopować z nauką, tak myślę. A może wlasnie na odwrót? Z drugiej strony to moj ostatni maj i czerwiec w szkole, bo za rok w tym czasie będę miała już wakacje.. No i nie powiem, trochę mi przykro z tego powodu. Ale najważniejsze jest to co jest tu i teraz, więc na tym się skupiam. Dlatego nie przedłużając tego już i tak długiego wstępu, zapraszam do czytania dzisiejszej recenzji :)

Bardzo lubię opakowania czekolad Schogetten. Są "plastyczne", dobrze przemyślane i przyjemne dla oka. Tutaj całość utrzymana jest w biało-czarnych barwach, z obrazkiem kostek czekolady oraz latającymi ciastkami. Zawsze mam wrażenie, że producenci przedstawiają przestrzeń kosmiczną na tych opakowaniach. W przypadku dzisiejszego gościa mamy do czynienia z mlecznym księżycem i latającymi ciasteczkami. Bardzo ciekawa koncepcja.


W środku tradycyjnie zastałam pojedyncze czekoladki. Myślę, że to fajna i wyróżniająca się forma, chociaż zawsze przy otwieraniu kilka sztuk mi wypada. Ale to już pewnie kwestia mojego szczęścia. Zapach jest bardzo ładny i przyjemny- mleczny, słodki, czekoladowy, troszkę śmietankowy.


Czekolada sama w sobie jest słodziutka, mleczna, miękka, pełna smaku, rozpuszczająca się bagienkowo. Nadzienie jest śmietankowo-mleczne, delikatne, łagodne, kremowe, słodkie i bardzo dobre. W środku są malutkie kawałeczki ciastek w typie oreo, ale zdecydowanie mogłoby być ich więcej. Smaku mają niedużo, najlepszym porównaniem przychodzącym mi do głowy są sucharki.


Podsumowując, przygoda z tym produktem zakończyła się pozytywnie. Bagienkowa czekolada w połączeniu z kremowym nadzieniem i sucharkami ciasteczkami to strzał w dziesiątkę. Może nie jest wybitnie charakterystyczna i wystrzałowa, ale godna uwagi. Jedynie odejmę trochę za te ciastka, które nie do końca zachowują się jak ciastka i których przede wszystkim powinno być więcej.

Ocena: 4+/6

Gdzie kupić: Lidl.

środa, 10 maja 2017

#165 Recenzja: Magnetic, czekolada mleczna z bakaliami.

Fajnie jest pomagać- oczywiście ze względu na to, że możemy sprawić radość drugiej osobie, ale też dlatego, że czasem dostajemy drobne wynagrodzenie :P Tak było z dzisiejszym gościem, czyli mleczną czekoladą z bakaliami od Magnetic. Dostałam ją od koleżanki za pomoc w angielskim.

Z tą firmą mam różne przeżycia- pozytywne, w przypadku czekolady z masłem orzechowym czy kulek ciasteczek w czekoladzie, ale też negatywne, np. z czekoladą kokosową czy karmelowo-bananową. Z tego powodu do dzisiejszego gościa podchodzę całkowicie obiektywnie, bez żadnych przeczuć, obaw czy wymagań.
Opakowanie jest fioletowe, z obrazkiem kostek czekolady, orzechów, bakalii, jakiegoś suszonego owocu. Całość wygląda przyzwoicie, wszystko do siebie pasuje, nic nie jest chaotyczne. Nie mam się do czego przyczepić, a nawet mogę stwierdzić, że szata graficzna bardzo mi się podoba.


W środku zastałam brązową tabliczkę podzieloną na sześć rzędów, po trzy kostki w każdym. Na każdym z nich jest narysowany szlaczek, który swoją drogą przypomina mi egipskie malowidła. Produkt pachnie umiarkowanie słodko, mlecznie czekoladowo. Wyczułam też nutkę słoności, ale nie takiej pochodzącej od soli, a od czekolady. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.


W konsystencji czekolada jest miękka i rozpuszcza się pięknym, gęstym bagienkiem <3 Ogromnym plusem jest to, że jest bardzo bogata w dodatki, co chwilę natrafiałam na orzech, rodzynkę czy jakieś inne bakalie. Co więcej, każdy z tych składników jest prawdziwy, bez żadnych zbędnych dodatków. Jeśli chodzi o samą czekoladę, to jest naprawdę pyszna! Na pewno rzuca się w oczy język jej jakość, która jest na naprawdę wysokim poziomie. W smaku jest słodka, mleczna, delikatna i łagodna, wyczułam również pierwiastek śmietankowości.


Śmiało mogę stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych czekolad jakie jadłam. Nigdy nie byłam wielką miłośniczką bakaliowych wariantów, wolałam inne, ale do tego na pewno wrócę jeszcze nie raz. Dobra jakość, pyszny smak, wszystko dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Zdecydowanie polecam!

Ocena: 6/6

Gdzie kupić: Biedronka.