niedziela, 26 lutego 2017

#135 Ulubieńcy lutego.

Nie było mnie trochę na blogu, przyznaję się bez bicia. Posty się pojawiały, bo mam sporo zaplanowanych, jednak nie zaglądałam tutaj. Złożyło się na to wiele rzeczy- szkoła, nauka, jak i prywatne sprawy. Bardzo Was za to przepraszam, ale obiecuję, że już jestem. Bardzo brakowało mi tego mojego małego światka jakim jest blog. Ale kolejne posty napisane, ja jestem pełna motywacji i działam dalej! :)

Posty jak wiecie dodaję w każdą środę, piątek i niedzielę. Dzisiaj niedziela, wciąż luty, natomiast w najbliższą środę będzie już marzec. A więc oznacza to... ulubieńców miesiąca!

MUZYKA

♥ Nirvana - Smells Like Teen Spirit
Dosyć stara piosenka, na pewno wielu osobom znana, ale ostatnio ciągle jej słucham. Jest cudowna.



♥ Indila - Tourner Dans La Vide
Piękny język francuski, piękny głos, piękna melodia.. co więcej dodać <3



♥ Lodovica Comello - Il cielo non mi basta
Była piosenka po francusku, to teraz czas na włoski :D Lodovicę ubóstwiam od kilku lat, byłam na podpisywaniu płyt oraz na jej koncercie. Ten utwór zaśpiewała na eliminacjach do Eurowizji (zamiast spać, to po nocach oglądałam włoskie eliminacje :P) i mimo, że jednak nie wygrała, to dla mnie była najlepsza, a piosenkę pokochałam <3



♥ Lodovica Comello - Le mille bolle blu
Kolejna piosenka od Lodo, kolejna piosenka na eliminację do Eurowizji. Prosta, sympatyczna, wesoła.



♥ Tom Odell - Can't Pretend
Piękna.




JEDZENIE

W tym miesiącu miałam fazę na dwa batoniki. Jednym z nich jest Dobra kaloria jabłko & cynamon, a drugim Fig Bar malinowy Recenzje obydwóch na pewno pojawią się na blogu. Nie wiem kiedy, ale już wiecie czy będą one negatywne czy pozytywne :D

zdjęcie wzięte z Google Grafiki

zdjęcie wzięte z Google Grafiki



Jak zapewne każdy wie, w lutym był Tłusty Czwartek. Pączków nie jadłam żadnych (ciężko znaleźć jakieś wegetariańskie :c), natomiast tradycyjnie mama zrobiła faworki. A więc to właśnie one mają zaszczyt być na tej liście :)



Deska wege- w moim mieście otworzyła się nowa restauracja. Oczywiście musiałam ją zwiedzić i bardzo się ucieszyłam, że można tam znaleźć coś wegańskiego (patrząc na to jaką dziurą jest moje miasto, to naprawdę coś). Zamówiłam wege deskę, która składała się z dwóch rodzajów hummusu, pieczywa, marchewki, ogórka i sałatki z fenkułu, selera naciowego i mięty.



♥ Masło orzechowe- nie raz pisałam, że jest to moja miłość. Ale tyle ile ja go zjadłam w tym miesiącu, do dawno nie jadłam :P Powinnam chyba zrobić sobie coś w stylu odwyku, ale na razie mi się to nie udaje XD Pocieszam się, że to jest to chociaż zdrowe uzależnienie.
Moimi ulubionymi masłami w tym miesiącu było Lidlowskie z kawałkami orzechów oraz Sante Go On 100%.

zdjęcia wzięte z Google Grafiki


♥ Zimowe herbaty- zdecydowanie ulubieniec! Robiłam je w domu, piłam w kawiarni oraz w restauracjach. Z pomarańczą, cytryną, goździkami, jakimś syropem... pyszności!



INNE:

♥ Thiller psychologiczny "Komediant"- byłam na tym przedstawieniu razem z rodzicami w Łodzi. Nie była to typowa sztuka, na typowej teatralnej sali. Nigdy w życiu nie widziałam czegoś takiego, byłam bardzo zaskoczona, ale naprawdę mi się podobało i zdecydowanie polecam.

zdjęcie wzięte z Google Grafiki


♥ Kula do kąpieli- od zawsze chciałam wypróbować taką kulę i w końcu mi się to udało. Nie zawiodłam się- samo rozpuszczanie dawało frajdę, a potem woda była w bardzo ładnym, żółtym kolorze. Kupiłam ją w Lidlu i na pewno kupię jeszcze inne.

zdjęcie wzięte z Google Grafiki


♥ Buty psy- jak tylko weszłam do Deichmana i zobaczyłam te cudeńka, to nie było opcji żebym ich nie kupiła. Zakochałam się i ta miłość trwa do teraz <3

piątek, 24 lutego 2017

#134 Recenzja: Heidi, gorzka czekolada z nadzieniem o smaku mrożonej kawy.

Jedna osoba na instagramie dodała wpis, w którym napisała, że poprosiła swojego tatę o kupienie dla niej jakiejś czekolady- dostała cztery, bo nie mógł się zdecydować. Ja też wypróbowałam ten trik na swoim tacie i w ten oto sposób czekolada od Heidi z nadzieniem o smaku mrożonej kawy wylądowała w mojej szafce. Bardzo się ucieszyłam, bo czekolady z tej firmy korcą mnie od dłuższego czasu, no i halo, nadzienie o smaku kawy mrożonej!

Opakowanie jest prześliczne. Widzimy gałkę lodów, ziarna kawy, kostki lodu oraz kostki czekolady- bardzo zachęca!  Mimo wszystko muszę przyczepić się do dwóch rzeczy- dlaczego ta oto rzecz jest uznana za gorzką, skoro ma zaledwie 50% kakao? I druga sprawa, z tyłu opakowania możemy wyczytać "Gorzka czekolada z nadzieniem mrożona kawa"... Ja rozumiem, że nie każdy jest orłem z języka polskiego, ale jednak drukując coś na czymś takim jak czekolada, chyba powinno się bardziej zwracać uwagę na takie szczegóły. Ja oczywiście w tytule wpisu musiałam to zmienić na poprawną wersję.


Po wyjęciu zawartości mamy do czynienia z chudziutką sztabką, podzieloną na pięć rzędów, po dwie kostki w każdym. Podobają mi się wzorki na nich- nazwa firmy oraz serduszko, rysowane jak szachownica. Widzimy też drobny, biały nalot, ale to zapewne dlatego, że ważność produktu wygasza siódmego września (w dniu pisania recenzji był piętnasty sierpnia). Zapach jest typowy dla ciemnej czekolady- nic specjalnego ani nowego, ale na pewno coś przyjemnego.


Czekolada jest dosyć tłustawa, rozpuszcza się powoli, tworząc zalążek bagienka. Na początku moim pierwszym skojarzeniem było capuccino. Chociaż kawa mrożona składa się z lodów, kawy, jakiegoś syropu, ogólnie jest raczej słodka, więc to faktycznie może być jej smak. Jednak z czasem to znika i czujemy po prostu ciemną czekoladę. Momentami chrupią nam między zębami maleńkie drobinki czegoś nieokreślonego, nie jestem w stanie powiedzieć czego.


Podsumowując, czekolada nie była zła, była nawet całkiem smaczna. Tak na spróbowanie jest w porządku, ale myślę, że nie kupiłabym jej już drugi raz. Za to na pewno skuszę się na inne warianty smakowe, jeden już czeka u mnie w szafce.

Ocena: 3/6

Gdzie kupić: Carrefour.
Czy kupię ponownie?- Nie.

środa, 22 lutego 2017

#133 Recenzja: Nestle, Galak Popri.

Pamiętam, że w czasie wakacji 2015, we Włoszech, był automat ze słodyczami. Były tam między innymi batoniki Galak, czyli gość dzisiejszej recenzji. Zapadły mi w pamięć, bo kiedy chciałam kupić jedną sztukę, maszyna zabrała mi jedno euro, a nie dała obiecanego słodycza. W czasie tegorocznych wakacji  na szczęście znalazłam Galaka w normalnym sklepie, więc nie było opcji żebym zapłaciła, a go nie dostała.

Szata graficzna nie prezentuje się raczej niczym specjalnym, ale też niczym brzydkim. Zwykłe, białe opakowanie, z logo firmy, nazwą produktu i urywkiem tego, co możemy zastać w środku. Galak z 2015 roku, z tego co pamiętam,  miał jakiegoś uroczego stworka, jednak tutaj go nie ma.


W środku zastajemy białego, a właściwie beżowo-masłowego, batonika, podzielonego na sześć kostek. Na każdej z nich jest napis "Nestle". Pod spodem za to mamy całą wysepkę żwirku, piasku po prostu chrupek. Pachnie na pewno białą czekoladą, słodką, intensywną. Bardzo ładnie i zachęcająco.


W smaku jest również taka jak w zapachu- intensywna, słodka, prawdziwa biała czekolada. Jednak smakuje inaczej niż wszystkie, które jadłam do tej pory. Tak radośnie, energicznie... dziecięco... tak, to ostatnie słowo idealnie opisuje to, co serwuje nam ta słodycz. Jedząc czułam się znów jak mała, wesoła, wiecznie uśmiechnięta dziewczynka. Czekolada rozpuszcza się powoli, zamieniając się w gęste bagienko. Cały czas towarzyszą nam chrupki, które nie dodają żadnego smaku, jednak przyjemnie chrupią. Po połknięciu w ustach czujemy słodycz, a następnie bardzo lekką słoność, co również jest przyjemnym doświadczeniem.


Kto by pomyślał, że zwykły batonik może wywołać w nas tyle przyjemnych uczuć i wspomnień. Teraz wiem, że zapamiętałam go nie tylko z powodu tej maszyny :)

Ocena: 5/6

Gdzie kupić: Włochy.

niedziela, 19 lutego 2017

#132 Recenzja: BombusEnergy, Raw Energy apple & cinnamon.

Dawno nie było recenzji batoników od Bombus Energy, a jeszcze trochę sztuk do opisania mam. Jest to spowodowane tym, że miałam napisanych kilkadziesiąt recenzji na zaś i po prostu nie dopisywałam żadnych nowych. Ale powoli zapasy się kończą, więc trzeba je uzupełnić.

Uwielbiam smak jabłka i cynamonu w słodyczach. Dlatego do dzisiejszego delikwenta jestem nastawiona pozytywnie. Już na samym początku bardzo zachęca mnie opakowanie, jasno zielone, z odpowiednio dobranymi kolorystycznie napisami i obrazkiem jabłka oraz lasek cynamonu. Wszystko idealnie ze sobą współgra, nie ma nic, o co mogłabym się przyczepić.


W środku zastałam ciemno brązową baryłkę, z drobnymi jasnymi kuleczkami na całej powierzchni. Jest trochę klejący, różni się właśnie tym od pozostałych wariantów. Jeśli chodzi o zapach, to wyczułam suszone jabłka i coś na wzór suszonych śliwek.


W konsystencji jest miękki, długo się go gryzie, trochę jak plastelina. Po pogryzieniu rozpada się na coś w stylu mułu. W smaku czuć przede wszystkim suszone, lekko kwaskowe jabłko. Trochę jak kompot jabłkowy, tyle że z delikatną nutką cynamonu. Momentami jest nawet trochę gorzkawy, jednak im dłużej gryziemy, tym bardziej wydziela się słodycz.


Pomimo swoich niewielkich rozmiarów, batonik umie nasycić. Jest bardzo smaczny, jednak w jednej rzeczy zgodzę się z Olgą- przydałoby się coś, na czym można by zawiesić ząb. Świetne byłby np. jakieś orzechy.

Ocena: 5/6

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: sklepy ze zdrową żywnością, ja dostałam od firmy BombusEnergy (link do fb, link do strony internetowej, jest tam informacja gdzie można kupić batony online)

piątek, 17 lutego 2017

#131 Recenzja: Nestle, Kit Kat o smaku słodkiego ziemniaka.

Pora na ostatnią z moich japońskich, kit katowych zdobyczy. Do tego byłam nastawiona trochę nieufnie, bo jak batonik może być o smaku słodkiego ziemniaka? Dodatkowo jak to możliwe, że jest do pieczenia? 

Tutaj opakowanie jest już inne, ciekawsze. Widzimy dziewczynę, która każe nam coś sprawdzić, ale nie jestem w stanie rozszyfrować co. Jest też mnóstwo napisów po japońsku, ale kompletnie nie wiem co oznaczają. Taka szata graficzna zdecydowanie przyciągnęłaby moją uwagę w sklepie.


W środku zastałam dwa maluszki oblane białą czekoladą. Zapach jest... intrygujący. Od dołu czuć zwykłą, białą czekoladę. Natomiast od góry pachnie tak jak na stołówce, obiadem, jakimiś sosami, czymś wytrawnym. Czyli faktycznie zanosi się na coś nie-słodkiego. 
Sprawdziłam skład na jednej stronie i naprawdę są tutaj ziemniaki. Coś czuję, że to będzie bardzo dziwne spotkanie. Ale na takie właśnie liczę.


Spróbowałam mały kawałek przed poddaniem całości działaniu temperatury i nie smakował niczym konkretnym. Trochę białą czekoladą, trochę wafelkowo, trochę czymś słodkim.


Wyczytałam, że zamiast pieca można użyć mikrofalówki- tak też zrobiłam. Rada dla wszystkich, którzy  wolą ten sposób- nie kładźcie batonika na opakowaniu. Ja tak zrobiłam i... strzeliło, zmniejszyło się o połową i generalnie się popsuło. Na szczęście batonik na tym nie ucierpiał.
Po otworzeniu drzwiczek od mikrofalówki poczułam dziwny, trudny do zidentyfikowania zapach. Był na pewno wytrawny, może trochę ziemniakowy. Nie miałam zbyt dużo czasu na wwąchanie się, bo szybko się ulotnił, a sam batonik pachniał słabo. 
Jak widać na zdjęciu, czekolada trochę się stopiła, ale jej większość jednak została na swoim miejscu. Smakiem się zawiodłam. Nie poczułam żadnego ziemniaka, żadnej wytrawnej nuty. Tylko białą czekoladę i chrupiący wafelek.


Do trzech razy sztuka, jak to mówią. Dwa razy trafiłam na coś pysznego, a za trzecim razem już nie. Chociaż nie mogę powiedzieć, że ta wersja jest niedobra. Jest smaczna, ale wystawię taką a nie inną ocenę ze względu na to, że nie czuć w niej ani grama ziemniaka. Gdyby producent przedstawił ją jako Kit Kat w białej czekoladzie, sprawa wyglądałaby już inaczej.

Ocena: 3/6

Czy kupię ponownie?- Nie.
Gdzie kupić: scrummy.pl

środa, 15 lutego 2017

#130 Recenzja: Nestle, Kit Kat o smaku malinowym.

Niedawno zachwycałam się Kit Katem o smaku zielonej herbaty, a teraz przyszła pora na wariant malinowy. O tym smaku słyszałam i czytałam same dobre opinie, więc również tak się nastawiam.

Opakowanie takie jak u poprzednika, ale zamiast zieleni mamy róż. Mam wciąż takie samo zdanie, więc nie ma się nad czym rozwlekać.


W środku znajdują się dwa malutkie, różowe patyczki. Dzięki swoim rozmiarom i kolorowi są tak urocze, że nie mam słów. Zapach... jest po prostu cudowny. Intensywnie malinowy, słodki, trochę mambowy. Obłęd.


O rany, nawet sobie nie wyobrażacie jakie to jest przepyszne! Kit Kat jest wyraźnie malinowy, kwaskowaty ale jednocześnie słodki i owocowy. Jedząc go czułam się jakbym dryfowała gdzieś po malinowej, słodkiej, idealniej i wymarzonej krainie. Naprawdę nie wiem jak oni stworzyli coś tak cudownego, ale teraz wiem, że Japończycy mają talent. Jeśli chodzi o warstwę czekolady, to rozpuszcza się dosyć ciężko i długo, ciężko wyczuć cokolwiek w jej smaku. Myślę, że tak jak u poprzednika, nadaje po prostu delikatnie mleczny posmak.


Druga próba również zakończyła się sukcesem, wielkim sukcesem. Malina chyba trochę przebiła zieloną herbatę, chociaż tamta również była świetna.

Ocena: 7/6 <3

Czy kupię ponownie?- Jeżeli będę miała okazję, to tak.
Gdzie kupić: scrummy.pl

niedziela, 12 lutego 2017

#129 Recenzja: Nestle, Kit Kat o smaku zielonej herbaty.

Jeśli pamiętacie, to do zamówienia swojego pierwszego japońskiego zestawu zachęciła mnie youtuberka Agnieszka Grzelak. Tak samo było z japońskimi Kit Katami. Jak zobaczyłam jakich ciekawych i świetnych smaków ona próbuje, to po prostu wiedziałam, że muszę jakieś zdobyć. Muszę. I udało mi się. Stałam się właścicielką trzech niedostępnych w polskich sklepach Kit Katów o oryginalnym smaku. Dzisiaj przyjrzymy się pierwszemu, a kolejnym dwóm w piątek i niedzielę, więc wyczekujcie :)

Baton o smaku zielonej herbaty... przecież to musi być coś niesamowitego. Przy wybieraniu smaków do zamówienia ten wleciał do koszyka jako pierwszy.
Opakowanie w sumie nie wyróżnia się niczym specjalnym, nie zachwyca. Jest logo firmy, liczba kalorii (która jest bardzo akceptowalna :P) oraz japońskie literki. Gdyby nie to jaki smak w środku ukrywa, pewnie bym nawet go nie zauważyła.


W środku odnalazłam dwa malutkie, zielone paluszki. Jakie to urocze! Kolor jest tak samo nienaturalnie zielony jak przy niedawno opisywanych drażach, jednak tym razem liczę, że jest to za sprawą zielonej herbaty. Co z tego, że ona raczej nie ma takiej barwy... Trzeba żyć czasami w niewiedzy.
Zapach całkowicie mnie oczarował, ponieważ batonik autentycznie pachnie piękną, zieloną herbatą. Ciężko było mi się oderwać od wąchania :P


Czytałam wiele recenzji na temat tego delikwenta i były bardzo podzielone. Jedni się nim zachwycali, inni wręcz przeciwnie. Byłam bardzo ciekawa jakie wrażenie wywrze na mnie.
Na pewno od razu w oczy język rzuca się to, że batonik jest mało słodki. Ogólnie wolę raczej te słodkie słodycze, jednak tutaj było inaczej. Wszystko przez smak zielonej herbaty, który był przesmaczny. Może nie była to ziołowa, prawdziwa i naturalna herbata, ale mimo wszystko bardzo do niej podobna. Warto też wspomnieć, że japońska herbata różni się trochę aromatem od tej, którą mamy u nas. Nie próbowałam jej nigdy, ale zdaję się na wspomnianą już Agnieszkę Grzelak i wierzę, że właśnie ma taki smak jak ta w tym batoniku :D Czekolada była dosyć ciężka do wyczucia, nie miała konkretnego smaku, a nadawała po prostu delikatną nutkę mleczności.


Japończycy to jednak potrafią! Strasznie żałuję, że Kit Katy o smaku zielonej herbaty nie są dostępne w zwykłych sklepach. Bo smak jest naprawdę ciekawy, oryginalny i godny polecenia.

Ocena: 6/6

Czy kupię ponownie?- Jeżeli będę miała okazję, to tak.
Gdzie kupić: scrummy.pl

piątek, 10 lutego 2017

#128 Recenzja: Sweet Club, Migdały w czekoladzie o smaku pistacji.

Święta już niedługo, a ja jeszcze mam recenzje produktów kupionych w czasie wakacji. Ale tak to jest jak się planuje posty do przodu, na pewno wiele z Was tak robi. Tak więc najprawdopodobniej świąteczne słodycze pojawią się dopiero na wiosnę :D No chyba, że postanowię pozmieniać coś i dodatkowo tutaj stworzyć świąteczną atmosferę, ale to jeszcze zobaczę.

O tych drażach dowiedziałam się dzięki jednej osobie mieszkającej we Włoszech. Zapewne nie czyta mojego bloga, więc nie będę więcej zdradzać. Bardzo je polecała, więc byłam bardzo zadowolona kiedy udało mi się je znaleźć na zwykłej stacji benzynowej. 
Wygląd jest bardzo ładny, wszystko ma swoje miejsce, nie ma bałaganu, producenci dopięli wszystko na ostatni guzik. Dodatkowo rysunek tej babeczki, pistacji oraz draży bardzo mocno zachęca. I ten napis "Made in Italy with love" <3


W środku zastajemy całkiem sporo małych, jajowatych, jasno zielonych kuleczek. Przeraża mnie trochę ten kolor, ale mam cichą nadzieję, że to pistacje dały aż taką barwę... 


Zapach wydzielił się dopiero po rozkrojeniu. Czuć na pewno pistację, może nie taką prawdziwą, ale bardzo przyjemną. Jest też nutka białej czekolady, słodkości. 
Delikwent siedzący w środku to nic innego jak migdał, taki prawdziwy, bez żadnych dodatków, pełen smaku. Druga warstwa jest dosyć mocno zbita. Za to smak to po prostu obłęd. Istnieją trzy rodzaje czekolady- mleczna, gorzka i biała. Ja bym powiedziała, że w tym przypadku mamy do czynienia z czwartą, pistacjową. Jest idealnie słodka, delikatna, okropnie porywająca kubki smakowe. Jakbym chodziła po chmurkach w krainie słodyczy. N I E B O. Ostatnia warstwa to chrupiąca skorupka, która nadaje całości mleczność.


Nie da się skończyć jedzenia na jednej kulce... ani na dwóch... ani na pięciu... Draże tak wciągają, są tak nieziemsko przepyszne, że po prostu nie mam słów na ich opisanie. To jest zdecydowanie jeden z najlepszych słodyczy jakie kiedykolwiek jadłam. Strasznie żałuję, że produkt nie jest dostępny w Polsce.

Ocena: 7/6 <3

Czy kupię ponownie?- Jeśli będę miała kiedykolwiek okazję, to tak.
Gdzie kupić: Włochy.

środa, 8 lutego 2017

#127 Recenzja: Magnetic, czekolada mleczna z kawałkami karmelu i solą morską.

Z 50-gramówek Biedronkowych miałam do tej pory styczność tylko z jedną, kokosową. Niestety nasze spotkanie nie zakończyło się pozytywnie. Jednak pozostałe warianty również wydawały mi się ciekawe, więc prędzej czy później musiałam ich spróbować.

Uwielbiam karmel, wszelkie karmelowe rzeczy. Do tego sól morska... to musi być udane połączenie. Opakowanie jest w kolorze żółto-pomarańczowo-złotym, z dwiema kostkami czekolady, kawałkami karmelu oraz ziarenkami soli morskiej. Prosto, ładnie, zwięźle i na temat. Nie mam się do czego przyczepić.


Wygląd czekolady odbiega od wyglądu innych. Jest podzielona aż na 10 rządków, po 3 malutkie i prostokątne kostki. Za to na środku znajduje się jedna, większa kostka. Skojarzyło mi się to z dawnymi wsiami. Na środku centrum, najważniejszy plac, a wokół równo ustawione domy. Dodatkowo jest bardzo cieniutka i chudziutka.


Przyznaję się do bicia, nie powąchałam dzisiejszego delikwenta. Nie wiem jak to się stało- zmęczenie, za dużo cukru na raz? Pamiętam, że tego dnia próbowałam po jednej kostce z około pięciu czekolad, więc mogłam się trochę zakręcić w tym wszystkim. Ale myślę, że zapach nie jest czymś najważniejszym, w końcu wszyscy chcemy się dowiedzieć jakie to cudeńko jest w smaku.
A smak jest powalający... Nigdy w życiu nie jadłam czegoś takiego... Ale może zacznijmy po kolei. Produkt łamie się z trzaskiem. W czasie jedzenia chrupie nam twardawy karmel między zębami. Czekolada nie rozpuszcza się bagienkowo niestety. Sama w sobie jest mleczna, jednak mleczność momentami całkowicie ginie przez... sól. Najbardziej wyczuwalna rzecz w całej czekoladzie to ogromna, wielka słoność. Sól z dodatkiem czekolady i karmelu, tak bym to opisała. Byłam naprawdę zaskoczona, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Pamiętam, że czekoladę z masłem orzechowym od tej samej firmy uznałam za słoną. Fakt, była taka, ale mocno wyczuwalna była tam również słodkość, a tutaj główną rolę gra sól. Coś niesamowitego.


Tak mnie ta czekolada wciągnęła, że co chwilę schodziłam po kolejne kawałki, aż w końcu poszła cała. Naprawdę mnie zaintrygowała. Myślę, że na plus. Nie dałoby się zjeść dzisiejszego gościa w chociażby 100-gramowej wersji, więc ta zmniejszona o połowę jest idealna. Mimo ogromnej słoności, jest zjadliwa, da się rozkoszować smakiem. Naprawdę warto spróbować, bo szczerze aż zaniemówiłam. 

Ocena: 5/6

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Biedronka.

niedziela, 5 lutego 2017

#126 Recenzja: Müller, Riso czekolada & kokos.

Pamiętam jak trochę ponad rok temu odkryłam Riso od Müllera, czyli ryż na mleku w różnych smakach. Bardzo mi zasmakował, wypróbowałam wszystkie dostępne wtedy smaki, jadłam go praktycznie codziennie. Jednak z czasem wszystko jedzone w sporej ilości się przeje, tak też było w tym przypadku. Tego deseru nie jadłam już od bardzo długiego czasu. Ale raz w sklepie zauważyłam inny, ciekawy smak, dodatkowo została tylko ostatnia sztuka. A więc czemu nie?

Szata graficzna raczej nie przyciągnęłaby mojej uwagi. Nie jest brzydka, ale nie ma też w sobie tego czegoś, co podbiłoby moje serce. Mamy widoczną łyżeczkę, na której są drobinki brązowego, zapewne czekoladowego ryżu (który swoją drogą wygląda bardziej na ziarnka kawy). Na niej znajduje się teoretycznie mleko, jednak mi to wygląda bardziej na jogurt. Oprócz tego po lewej stronie swoje miejsce znalazł również kokos.


 W środku zastajemy brązową, niezbyt przyjemnie wyglądającą zawiesinę, z wieloma larwami ziarnami ryżu. Mniam. Zapach na szczęście ratuje pierwsze wrażenie. Jest on prawdziwie kokosowy, bardzo przyjemny, trochę podobny do kokosowej princessy.


Jogurt jest dosyć gęsty, wyraźnie czekoladowy, delikatny i subtelny w smaku, lekko słodkawy. W środku jest ogrom ryżu, który nie ma żadnego smaku, a jedynie nadaje konsystencji. Jest bowiem bardzo miękki, nasiąknięty brązową masą. W czasie jedzenia da się również wyczuć prawdziwe wiórki kokosa, co podkreśla całość.


 Riso czekolada & kokos bardzo mi zasmakował. Przywołał mi też niestety dosyć smutne wspomnienia, z końcówki trzeciej klasy gimnazjum, kiedy działo się wiele złych rzeczy. Ale mimo wszystko nie patrzę na delikwenta przez pryzmat tego co było i w niedalekiej przyszłości ponownie odświeżę swoją pamięć co do pozostałych smaków, tak więc możecie wyczekiwać recenzji.

Ocena: 5/6

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Carrefour.

piątek, 3 lutego 2017

#125 Recenzja: Ritter Sport, Schokowürfel czekoladki nadziewane.

Kolejne sklepy wprowadzają u siebie stoisko z przecenionymi produktami, którym kończy się termin ważności. Zawsze na nie zaglądam, bo można znaleźć naprawdę ciekawe perełki. Nawet moja mama w sklepie mi zawsze przypomina, że jeszcze musimy zajrzeć do promocji. I w czasie jednych z zakupów znalazłyśmy takie o to pudło pełne czekoladek, które powędrowało do koszyka.

Opakowanie bardzo mi się podoba, jest takie słodkie i urocze, zdecydowanie w moich kolorach. Od razu widzimy, że w środku zastaniemy trzy rodzaje czekoladek- truskawkowe, malinowo-jeżynowe (?) oraz jogurtowe.


Tak jak narysowali, tak też było. W środku zastałam trzy kolory- różowy, niebieski oraz biały. Jestem po prostu oczarowana tym, jak przecudownie wyglądają. Są takie malutkie, bezbronne, kochane. Nic tylko odpakować i zajadać.


Na pierwszy ogień idzie smak truskawkowy. Od razu poczułam zapach delikatnej, łagodnej mlecznej czekolady, a po rozkrojeniu całości do mojego nosa dotarła woń jogurtowo-truskawkowego nadzienia. 

Całość jest subtelnie i idealnie słodka- uzupełnia braki cukru, ale jednocześnie nie zasładza niemiłosiernie. Nadzienie jest typowe dla wszystkich truskawkowo-jogurtowych słodyczy, na pewno więc wiecie o co chodzi. Cały czas towarzyszy nam chrupiący chruszcz towarzyszą nam liofilizowane kawałki truskawek. Polewa czekoladowa jest mleczna, delikatna, prawdziwa, rozpuszcza się bagienkowo <3
Czekoladka smakuje bardzo dobrze, jednak nie jest to żaden nowy ani zaskakujący smak, dlatego trochę odejmę od oceny.

Ocena: 5/6


Jako drugi idzie wariant jogurtowy. Pachnie również delikatnie, mlecznie, z maleńką nutką czegoś, czego nie byłam w stanie zidentyfikować. Może mleko, jogurt, inny rodzaj nabiału- nie wiem. Ogólnie pachniał słabiej od poprzednika. 
Tutaj nadzienie jest o wiele bardziej zbite niż u truskawkowego kolegi. W smaku jest typowe dla jogurtowych słodyczy- trochę słodkie, lekko kwaskowate, z minimalną ilością soli. Czekolada dokładnie taka sama, więc nie będę się o niej ponownie rozpisywać. Całość rozpuszcza się szybko i bagienkowo.
Nie jestem miłośniczką czekolad z jogurtowym nadzieniem. W tym przypadku było jednak smaczniej, chociaż też nie doznałam efektu "wow, ale dobre, wow, nie jadłam nigdy czegoś takiego". 

Ocena: 4+/6


Pora na ostatniego delikwenta z pudła. Niemieckiego nie znam ani trochę (poza umiejętnością policzenia do 12, przedstawienia się i powiedzenia skąd jestem) więc musiałam użyć tłumacza żeby rozszyfrować smak. Po wpisaniu "waldbeer" wyskoczyło mi... piwo lasu. Na szczęście zorientowałam się, że jest jeszcze słowo "joghurt", co razem oznacza leśne jagody z jogurtem. Ale w sumie, czekoladka o smaku piwa... to byłoby coś ciekawego. Chociaż piwo jest obrzydliwe.
Ale przejdźmy do recenzji. Czekoladka pachnie bardzo mocno, owocowo, słodko, naprawdę bardzo ładnie i zachęcająco. 
Nadzienie jest w pewnym stopniu jogurtowe, co nadaje całości delikatną kwaskowość. Ale nie jest ona dominująca ani nachalna. Bardzo wyraźnie da się wyczuć owoce, dodatkowo można z łatwością rozpoznać, że chodzi właśnie o te leśne- jeżyny, maliny, jagody itd. Cały czas chrupią nam między zębami kawałki liofilizowanych piw z lasu leśnych jagód z jogurtem.
Ten wariant smakował mi najbardziej ze wszystkich. Był najbardziej ciekawy, inny. 

Ocena: 5+/6


Podsumowując, produkt wypadł bardzo dobrze. Jak widać firmie RitterSport lepiej wychodzą mini czekoladki niż duże tabliczki, patrząc na moje niedawne przygody...

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Carrefour.

środa, 1 lutego 2017

#124 Recenzja: First Nice, Rum bars.

Ferie niestety dobiegły końca... Zdecydowanie nie jestem jeszcze gotowa na szkołę, ale co mogę zrobić. Ogólnie gdybym miała podsumować te dwa tygodnie, to były udane. Może nie były takie jakie planowałam, ale nie mam na co narzekać :) Łączę się w bólu z wszystkimi, którzy też właśnie skończyli ferie i życzę udanego wypoczynku tym, którzy właśnie je zaczynają!

A dzisiaj chorwacki batonik z rumem w roli głównej.
Opakowanie jest śliskie, błyszczące. Utrzymane w jesiennych barwach- złotym, brązowym, pomarańczowym. Nie pasuje tutaj tylko niebieskie logo. Ogólnie szata graficzna przypomina mi czasy PRL-u, nie wiem dlaczego takie skojarzenie przyszło mi do głowy.


W środku zastałam dwa cienkie i dosyć ciężkawe batoniki, oblane brązową czekoladą. Chyba bardzo się ze sobą zżyły, bo były przyklejone. A ja, jako podła istota, rozłączyłam je, buahahaha. Jak widać na zdjęciu, w niektórych miejscach polewa popękała, przez co wypłynęło nadzienie i całość trochę się kleiła. Batoniki pachniały czymś czekoladopodobnym, mało zachęcająco.


Baton jest mięciutki, z łatwością rozpada się w ustach na mniejsze kawałki, a następnie rozpuszcza. Nadzienie jest zbite oraz w swojej niewielkiej posturze zawiera bardzo dużo smaku. Przede wszystkim jest słodkie, OBRZYDLIWIE słodkie. Od razu nasze kubki smakowe wychwytują również nutę alkoholową, rumową. Baton smakuje bardzo znajomo, a nawet wręcz identycznie jak jakiś polski odpowiednik, ale za nic nie mogłam sobie przypomnieć co to może być. Dopiero po kilku dniach kiedy zobaczyłam ową rzecz w sklepie doznałam olśnienia. Polskie trufle! Na pewno próbowaliście, albo chociaż kojarzycie, batoniko-trufle, pakowane w takie małe opakowania. Dzisiejszy gość smakuje dokładnie tak samo.


Myślę, że dzisiejszy gość mogłaby odpowiadać osobom, które są miłośnikami alkoholowych posmaków w słodyczach. Jednak w tym samym czasie te osoby muszą mieć przeogromną barierę jeśli chodzi o zasłodzenie, bo niestety producenci nawalili tam cukru tyle, że spokojnie starczyłoby mi na miesiąc, a nawet na dłużej.

Ocena: 3/6

Czy kupię ponownie?- Nie.
Gdzie kupić: chorwacki Lidl.