niedziela, 15 października 2017

#233 Recenzja: McEnnedy, praliny z czekolady mlecznej z nadzieniem z orzeszków ziemnych.

Chyba każdy słyszał już o tygodniu amerykańskim w Lidlu. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym z niego nie skorzystała. Zaszalałam i kupiłam całkiem sporo produktów, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Przede wszystkim dużo tutaj masła orzechowego, bo są i lody, czekoladki, jak i samo masełko. Ale w końcu jak na prawdziwego masłożercę przystało, prawda?



Dzisiaj przyjrzymy się rzeczy, której byłam wyjątkowo ciekawa- czekoladkom z dodatkiem masła orzechowego. Czy to będzie tak samo pyszne jak uwielbiane przeze mnie Reeses? 
Opakowanie na wiele sposobów nawiązuje do Stanów Zjednoczonych. Mamy kolor niebieski i czerwony, Statuę Wolności oraz napis "American way". Oprócz tego widzimy trzy sztuki czekoladek, orzechy ziemne i porcję masła orzechowego. Całość prezentuje się bardzo energicznie, żywo, zachęcająco.



W środku znajdują się aż 42 czekoladki owinięte w złote opakowania. To naprawdę sporo, producenci się postarali. Chociaż z drugiej strony powinniśmy spodziewać się porządnej ilości słodyczy za cenę prawie trzynastu złotych.



Każda czekoladka ma kształt babki wielkanocnej- falowane boki, kulisty kształt. Na wierzchu widzimy gwiazdkę, która według mnie może nawiązywać do nakrycia głowy Statuy Wolności. Jeśli chodzi o zapach... jest po prostu piękny. Wyraźnie orzechowy i fistaszkowy, bardzo podobny (jak nie taki sam) jak masło orzechowe tej firmy, które zresztą obgadywałam już na blogu. Oprócz tego do naszych nosów dochodzi delikatna, spokojna, mleczna woń czekolady. Autentycznie mogłabym po prostu siedzieć i się wwąchiwać. Ale kiedyś trzeba przejść do degustacji.



Po rozkrojeniu delikwenta na pół można zobaczyć, że nadzienia jest naprawdę sporo, a więc wszystko na razie idzie w bardzo dobrym kierunku. Warstwa czekolady jest słodziutka, mleczna, pełna smaku. Dodatkowo rozpuszcza się gęsto i bagienkowo. Nadzienie to niejednolity, dosyć mało zbity krem. Są w nim obecne maluteńkie kawałki orzechów. W smaku słodko-słony, orzechowy.. no po prostu prawdziwe, pyszne masło orzechowe. Dodatkowo zostawia po sobie przyjemny, maślany smaczek.



Od wspomnianych na początku Reeses dzisiejszy gość się różni. Ma przede wszystkim trochę mniej smaku, jest mniej intensywny. Ale mimo tego czekoladki są naprawdę przepyszne i okropnie wciągające. Zdecydowanie polecam, warto wydać te trzynaście złoty. Na pewno skuszę się na nie jeszcze nie raz.


Ocena: 6/6

Gdzie kupić: Lidl.

piątek, 13 października 2017

#232 Recenzja: Kellogg's, Crunchy nut kukurydziane płatki śniadaniowe.

W ostatniej recenzji były czekoladowe płatki śniadaniowe, a dzisiaj pora na kukurydziane z dodatkiem miodu. Ten rodzaj to zdecydowanie mój ulubiony, oczywiście nie licząc cini minis, które też kocham całym sercem i wszystkimi kubkami smakowymi.

Tutaj też mamy do czynienia z mniejszą wersją, ważącą 35g. Opakowanie jest radosne, letnie, słoneczne, promiennie. Widzimy miseczkę wypełnioną płatkami z mlekiem. Może te latające na wszystkie strony pojedyncze sztuki są aluzją do tego, że smak jest naprawdę wybuchowy i ekscytujący? :P


W środku zastałam leciuchne, różnokształtne, złote płatki. Pachną słodziutko, sezamowo-miodowo, przepięknie. W konsystencji są bardzo cienkie i przyjemnie chrupią między zębami. W smaku wyraźnie czuć tradycyjną, kukurydzianą nutkę, ale przebija się również słodki, miodowy pierwiastek. Całość smakuje razem naprawdę smacznie, znów poczułam tę dziecięcą radość i błogość.


Tak jak w przypadku czekoladowych kolegów, tak tutaj, dodałam mleko migdałowe i cynamon. Wyszło przepysznie i słodziutko.


Tutaj też się nie zawiodłam, oj nie. A nawet wręcz przeciwnie, zdecydowanie dodaję ten produkt na listę ulubionych. Szkoda, że nie ma ich dostępnych u nas, ale akurat kukurydzianych płatków wybór jest spory, więc mam zadanie- popróbować wszystkich i znaleźć te najlepsze, najbardziej zbliżone do Crunchy nut.


Ocena: 5+/6

Gdzie kupić: Grecja, sklepy internetowe.

środa, 11 października 2017

#231 Recenzja: Kellogg's, Coco pops czekoladowe płatki śniadaniowe.

Czy tylko ja jestem zdania, że wszystkie płatki śniadaniowe powinny być w kartonowych pudełkach? Te reklamówki wręcz mnie odrzucają. Na szczęście, jeśli chodzi o Polskę, dosyć szybko się to zmienia. Za granicą wszystko jest już tak jak powinno, między innymi w Grecji, gdzie kupiłam gościa dzisiejszej oraz kolejnej recenzji. Są to nic innego jak płatki śniadaniowe. Zwykłe, czekoladowe płatki śniadaniowe. Jako dziecko, zwłaszcza w podstawówce, były podstawą mojego śniadania. Aktualnie nie jem ich często, głównie dlatego, że wolę inne rzeczy jak owsianki, ale też ze względu na zdrowotność. Skład tych jednak mnie zaskoczył, bo jedynym składnikiem, do którego ktoś mógłby się przyczepić, jest cukier. Oprócz tego naprawdę czysto. Czy będzie miało to jakiś wpływ na smak?


Opakowanie jest przeurocze. Żywe, energiczne, wesołe. Ukazany jest uśmiechnięty miś, dający okejkę nad michą pełną płatków z mlekiem. Jeśli ktoś nie zauważył, to nie jest to "pełna" wersja płatków, a zmniejszona, ważąca 35g. Taka idealna na raz.


W środku zastałam mnóstwo (jak na 35g to naprawdę sporo) malutkich robaczków płatków w przeróżnych, zdeformowanych kształtach. Są brązowe, chociaż w niektórych miejscach mają jasne prześwity. Zapach jest bardzo apetyczny- delikatnie kakaowy, słodziutki, dziecięco radosny. W konsystencji maluszki są leciutkie i mocno chrupiące. Jeśli chodzi o smak, to śmiało mogę powiedzieć, że wyczułam słodzone kakao dla dzieci. Ale nie jest ani zasładzające, ani palące w gardło; cukier jest idealnie wyważony. 


Do Coco pops dodałam mleko migdałowe i cynamon, dzięki czemu mogłam cieszyć się przepysznym i słodziutkim śniadaniem. Znowu poczułam się jak mała dziewczynka, która z apetytem wcina na śniadanie płatki z mlekiem.


Te płatki są inne od tych typowych czekoladowych dostępnych w Polsce. Delikatniejsze, subtelniejsze, lżejsze, po prostu smaczniejsze. Na pewno ma tutaj spore znaczenie skład, który jednak różni się na plus. Szkoda, że nie ma ich dostępnych stacjonarnie w sklepach, ale jeśli tylko będę kiedyś miała okazję kupić je za granicą, to na pewno to zrobię.


Ocena: 5+/6

Gdzie kupić: Grecja, sklepy internetowe.

niedziela, 8 października 2017

#230 Recenzja: Dolfin, jajko z niespodzianką emoji.

Dopiero miesiąc szkoły, a ja już mam jej po dziurki w nosie. Idąc do trzeciej liceum wiedziałam, że będzie ciężko, ale chyba przerasta mnie ilość nauki i materiału. Ten tydzień będzie wyjątkowo trudny, więc trzymajcie za mnie kciuki :c A tymczasem zapraszam do recenzji.

 Będąc w sklepie zobaczyłam stoisko stworzone ze względu na dzień dziecka. Były tam przeróżne ciekawe słodycze, zabawki oraz gość dzisiejszej recenzji- jajko z niespodzianką, a tą niespodzianką jest emoji. Odezwała się we mnie mała dziewczynka i nie było opcji, musiałam kupić.

Opakowanie nie jest złe, ale też nie porywa. Żółte z białymi kropkami, z narysowaną buźką wystawiającą język. Mi, jako perfekcjonistce, bardzo przeszkadzają napisy będące z drugiej strony. Jest ich mnóstwo, są poukładane chaotycznie i strasznie drażnią moje oko. Dlatego jak najszybciej zdjęłam folijkę i zabrałam się za wnętrze.


W środku zastałam okrągłe, gładkie, brązowe jajko. Pachniało mlecznie, delikatnie, pudrowo, ale trochę czekoladopodobnie. Obawiałam się właśnie tego sztucznego posmaku, którego nienawidzę w wyrobach czekoladowych. Ale jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam.


W konsystencji jajko jest miękkie, rozpuszcza się bagienkowo. W smaku jest słodziutkie, ale ta słodycz jest umiarkowana, zdecydowanie nie pali w gardło, nie wykręca oczu na wszystkie strony. Delikatne, subtelne i naprawdę bardzo smaczne. Nie czuć ani grama czegoś czekoladopodobnego.


Jeśli chodzi o niespodziankę, bo najbardziej na to czekałam, to znalazłam przypinkę z emoji wysyłającą serduszko. Nie jest do końca dopracowana, bo w jednym punkcie wychodzi poza plakietkę, ale jest całkiem ładna.


Podsumowując, zaskoczyło mnie to jajko, bo zdecydowanie liczyłam na wytwór czekoladopodobny. Na szczęście bardzo miło się zaskoczyłam i chętnie wróciłabym do smaku tego produktu, przy okazji zbierając kolejne emoji.

Ocena: 4+/6

Gdzie kupić: Carrefour.

piątek, 6 października 2017

#229 Recenzja: Milbona, jogurt z wsadem truskawkowym i musli.

Była recenzja tego jogurtu w wersji bananowej, waniliowej, więc pora już na ostatnią- truskawkową. Do tej pory z obydwóch byłam bardzo zadowolona i chętnie bym do nich wróciła. Nie jest to częste zjawisko, bo nie jestem szczególną miłośniczką jogurtów i ciężko jakimkolwiek mnie oczarować. Czy tutaj będzie tak samo, czy może jednak truskawka się wyłamie?

Znowu zaczęłam się zastanawiać czy producenci czasem nie przeczytali moich recenzji, bo przy wariancie bananowym przeszkadzały mi na opakowaniu pewne fragmenty, których na waniliowym i truskawkowym już nie ma. Dobrze zrobili, bo teraz nic nie przeszkadza, wszystko ma swoje miejsce, nie mam się do czego przyczepić. Opakowanie mi się podoba, bardzo lubię jak część jest prześwitująca, żebyśmy mogli dojrzeć chociaż kawałek tego, co czeka nas w środku.


Produkt składa się z dwóch części- truskawkowego jogurtu oraz malinowego musli. Jogurt pachnie słodko, delikatnie, owocowo, truskawkowo. W sumie standardowo jak na każdy nabiał o tym smaku. Musli zachęca nas zbożowym, delikatnie kwaśnym aromatem liofilizowanych owoców.


Degustację trzeba zacząć od spróbowania każdej części osobno. Jogurt jest dosyć gęsty, kremowy, subtelny w konsystencji. W smaku w sumie nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych- delikatnie kwaskowy, owocowo słodki, wyraźnie truskawkowy, z typowym, jogurtowo mlecznym posmakiem. Musli jest chrupiące, zbożowe, mączne, mocno i wyraźnie kwaskowe. Są w nim kawałki liofilizowanych owoców, które są pełne smaku i aromatu. Solo tej części jeść się raczej nie da, bo język zaczyna piec od kwaśności. Ale z jogurtem już zupełnie inna bajka- słodycz opatula intensywny aromat, łączy się z nim i tworzy coś naprawdę smacznego.


Jogurt nie mnie zawiódł, jest bardzo smaczny. Bardzo lubię w tych produktach ten prawdziwy, sugerujący dobrą jakość smak. Gdybym miała ułożyć wszystkie smaki w kolejności od najlepszego, to wyglądałoby to tak- wanilia, banan, truskawka.




Ocena: 5-/6

Gdzie kupić: Lidl.

środa, 4 października 2017

#228 Recenzja: Krakowski Kredens, pasztet z czerwonej soczewicy.

Dobrze jest mieć wegetariankę w rodzinie, bo na spotkania albo robi jakieś dobre wege jedzenie, albo przynosi ciekawe gotowe produkty :D Tym razem miałam okazję spróbować wegańskiego pasztetu z czerwonej soczewicy z Krakowskiego Kredensu. Nigdy nie miałam okazji go próbować, a uwielbiam takie rzeczy, więc szybko przeszłam do degustacji.

Opakowanie bardzo mi się podoba. Aluminiowe opakowanie przykryte jest przezroczystym wieczkiem, a na wierzchu jest beżowa tekturka informująca nas o tym co zastaniemy w środku. Wszystko ma swój własny charakter, klasę, jest idealnie do siebie dopasowane. Ma się wrażenie, że mamy do czynienia z czymś swojskim, domowej roboty, dobrej jakości.


W środku zastałam pomarańczowo-jasno brązową masę z wieloma nierównościami. Od razu rzuciła mi się w oczy tłustość tego produktu- ale na szczęście są to same zdrowe tłuszcze. Zapach jest prześliczny- wytrawny i pomidorowy. Zdecydowanie zachęca do degustacji. Powiem szczerze, że o wiele ciężej jest opisywać wytrawne zapachy niż te słodkie :P


Pasztet jest wilgotny, zbity, ale miękki i bardzo łatwy do pogryzienia. W środku co chwilę natrafiałam na malutkie kawałki warzyw oraz kuleczki kaszy jaglanej. W smaku jest warzywny, najbardziej dominuje marchewka. Mocno wyczuwalne są również przyprawy, a na sam koniec przeżuwania wyraźnie czuć chili. Ale jeśli ja, która po jednym felernym daniu mam uraz do wszystkich pikantnych rzeczy i robi mi się od nich niedobrze, bez problemu zjadłam pasztet pomimo tej przyprawy, to naprawdę nie jest ona nie wiadomo jak paląca.


Podsumowując- jest to naprawdę bardzo smaczny, delikatny, warzywny pasztet. Idealny na kanapkę, bo dobrze się rozsmarowuje, można dodać go jako dodatek do obiadu, albo nawet zrobić z niego jakąś pastę do makaronu. Tu już wszystko zależy od wyobraźni. Zdecydowanie polecam i jeśli będę kiedyś w Krakowskim Kredensie, to zaopatrzę się niego.

Ocena: 5+/6

Gdzie kupić: Krakowski Kredens (lista tych sklepów w Polsce- KLIK)

niedziela, 1 października 2017

#227 Ulubieńcy września.

Zapraszam na ulubieńców kolejnego miesiąca, tym razem września!




MUZYKA


♥ John Michael Montgomery - I can love you like that



♥ Morat - Amor con hielo




♥ Morat - Como te atreves





KSIĄŻKI


♥ "Pogrzebane życie" Allen Eskens

"Joe Talbert ciężko pracuje, żeby wyrwać się z domu i rozpocząć studia na Uniwersytecie Minnesota, ale matka alkoholiczka, która nie jest w stanie zapewnić należytej opieki jego autystycznemu bratu, wciąż domaga się od niego pieniędzy i pomocy. Życie Joego odmienia wizyta w domu opieki w Richfield, gdzie ma przeprowadzić wywiad z interesująca osobą na zaliczenie z angielskiego.
Joe wybiera Carla Iversona, skazanego przed laty za gwałt i zamordowanie czternastolatki. Wypuszczony z więzienia umierający na raka trzustki Carl zgadza się opowiedzieć Joemu swoją historię. Za namową Lili Nash, atrakcyjnej sąsiadki i studentki, Joe zagłębia tajniki procesu Carla. Gdy dowiaduje się więcej o szczegółach morderstwa, odkrywa przerażającą prawdę skrywaną od trzydziestu lat, i choć jego życie jest odtąd zagrożone, postanawia ujawnić tę tajemnicę światu. Nie bacząc na własne bezpieczeństwo, Joe i Lila podejmują kolejne kroki, by doprowadzić do uniewinnienia Carla Iversona, oczyszczenia jego imienia i postawienia prawdziwego zbrodniarza przed obliczem sprawiedliwości. A czas ucieka…"


zdjęcie z Google Grafiki




KOSMETYKI


♥ Żel pod prysznic Elixir de Douceur.
Piękny, słodki, delikatny zapach <3
Gdzie kupić: E.Leclerc.

zdjęcie z Google Grafiki




JEDZENIE


♥ Zupa krem z marchwi i czerwonej soczewicy- przepyszna, skład bez zarzutów, można znaleźć w Biedronce.



♥ Kajzerka wieloziarnista z masłem orzechowym i bananem i kawa- czyli śniadanie, które królowało u mnie w zdecydowaną większość dni września. Codziennie rano budziłam się z przeogromną ochotą właśnie na coś takiego xD Pisałam o tym w Q&A, ale uwielbiam gryźć taką bułkę, popijać od razu kawą i trzymać to na raz w ustach. Podobno jak kaczka xD



♥ Herbaciana zupa pomidorowa- pierwszy przepis jaki zrobiłam z nowej Jadłonomii, wyszło coś naprawdę pysznego <3



♥ Placek wegetariański z serem i szczypiorkiem- czyli coś szybkiego, co ostatnio mama upiekła do obiadu.



♥ Jabłecznik- upieczony przez moją mamę <3



♥ Tort urodzinowy- truskawkowo śmietankowy, jak byłam mała i co roku wyprawiałam swoje urodziny, to za każdym razem zamawiałam właśnie ten tort, z dokładnie tego samego miejsca. Jest przepyszny <3



♥ Jedzenie na 18- zdjęć nie robiłam, bo to jednak byłoby trochę dziwne haha, po za tym nawet o tym nie myślałam. Ale jadłam naprawdę pyszne, wegetariańskie rzeczy- makaron ze szpinakiem i suszonymi pomidorami, zupę krem z groszku z groszkiem ptysiowym, pierogi ruskie z barszczykiem, mini zawijańce z ciasta szpinakowego i serka almette.




WYDARZENIA

♥ Osiemnastka- bez dwóch zdań najlepsze wydarzenie tego miesiąca. Jeden z najlepszych dni w moim życiu, bardzo chciałabym go powtórzyć.






MEMY






piątek, 29 września 2017

#226 Recenzja: 7Days, tsoureki cake.

Dawniej często zdarzało mi się jeść 7Daysy, zwłaszcza będąc w podstawówce, gdzie kupowałam je w sklepiku szkolnym. Aktualnie nie jadłam ich bardzo długo, głównie ze względu na nieciekawy skład. Tak sobie teraz myślę, że fajnie byłoby zrobić takiego rogalika samemu w domu- pewnie nie dałoby się całkowicie odtworzyć smaku i konsystencji, ale zawsze lepsze to niż codzienne faszerowanie się konserwantami, prawda? Oczywiście od czasu do czasu można sobie pozwolić na tego sklepowego, w końcu z umiarem wszystko jest dla ludzi. Z tego właśnie powodu będąc w Grecji kupiłam gościa dzisiejszej recenzji- 7Daysa w postaci tsoureki, czyli tradycyjnego ciasta greckiego. Po wpisaniu tej nazwy w google okazało się, że jest to po prostu chałka.

Opakowanie jest typowe dla tych produktów- mamy tradycyjnie dwa kolory, logo, zdjęcie tego co możemy znaleźć w środku oraz napis, którego nie jest w stanie rozszyfrować, bo został napisany greckimi literami. Prosto, schludnie, estetycznie.


W środku zastałam dosyć sporą, leciutką i mięciutką bułkę. Po naciśnięciu uginała się, żeby potem natychmiast wrócić do swojego pierwszego kształtu. Z tego co wiem, to niezbyt dobrze świadczy o jakości pieczywa, ale w sumie teraz to nie ma znaczenia. W końcu nie jem tego dla zdrowia, a dla przyjemności :) Na wierzchach jest ciemniejsza, natomiast w środku jaśniejsza.


Zapach jest... dziwny. Ani nie słodki, ani nie gorzki, ani nie kwaśny, może odrobinę maślany. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy język to to, że bułkę bardzo długo się gryzie, bo jest naprawdę mocno napompowana.


Produkt ma naprawdę bardzo mało smaku. Jest trochę śmietankowy, trochę maślany, ale w ogólnym rozrachunku jest po prostu nijaki. Nie ma żadnej przyjemności podczas jedzenia.


Bułeczka na pewno lepiej smakowałaby z dodatkami, np masłem orzechowym i bananem, czy z dżemem. Ale w końcu nie kupuje się jej żeby czymś doprawiać, a żeby jeść samą. Zawiodłam się, na pewno więcej się nie skuszę. Była jeszcze wersja z nadzieniem kakaowym i być może byłaby smaczniejsza. Nie ma tego produktu w Polsce, ale na szczęście nie jest to dla nas żadna strata.

Ocena: 2-/6

Gdzie kupić: Grecja.

środa, 27 września 2017

#225 Recenzja: Alpro, jogurt sojowy borówkowy.

W niedzielnym wpisie nie wspomniałam o odczuciach związanych ze swoją osiemnastką, bo po powrocie o trzeciej rano raczej nie myślałam o odpalaniu komputera i dopisywaniu czegoś do zaplanowanego posta :P Ale powiem krótko... BYŁO CUDOWNIE. To był zdecydowanie jeden z najlepszych dni w moim życiu. Wybawiłam się, wyśpiewałam, wytańczyłam, w dodatku w otoczeniu najbliższych przyjaciół, znajomych i rodziny. Chciałabym to powtórzyć. Nie ważne, że po czułam się jakbym wróciła z wojny- straciłam głos na dwa dni, a po upadku ze schodów jedną nogę mam pełną zadrapań, a drugą spuchniętą i siną xD Było warto, nie żałuję niczego.

A teraz przejdźmy do tematu postu, czyli do recenzji :D

Odkąd przeszłam na wegetarianizm, jakieś cztery lata temu, to często u mnie w domu gości firma Alpro. Początkowo były to deserki sojowe, potem przeróżne mleka roślinne. Myślałam, że to naprawdę sporo, ale kiedy zobaczyłam ofertę za granicą.. o mamo! Ile jogurtów, mlek, ile wariantów smakowych, jaki wybór... Powoli te wszystkie rzeczy docierają do Polski, ale niestety wciąż nie są ogólnodostępne. Dlatego zawsze będąc za granicą wypatruję ciekawych produktów. Tak też było podczas tegorocznego wyjazdu. W Grecji w tej kwestii jest chyba nawet biedniej niż w Polsce, ale za to w Bułgarii sprawa wygląda lepiej. Udało mi się dorwać borówkowy jogurt sojowy, któremu dzisiaj się przyjrzę. Jadłam go w Atenach, bo niestety krótki termin ważności mnie zaskoczył i nie byłoby sensu wieźć go do Polski. Jak wypadł? Czy jest podobny do zwykłych, mlecznych jogurtów?



Opakowanie jest uporządkowane, czyste, naturalne. Dominuje biel, narysowane są jasnozielone listki oraz obiecane borówki. Nie mam się czego przyczepić, wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu. Dodatkowo patrząc na całokształt ma się wrażenie, że w środku czyha na nas coś zdrowego, naturalnego, prawdziwego, po prostu roślinnego.


W środku jogurt jest fioletowo-różowy, z niewielką ilością ciemnych, niezidentyfikowanych przeze mnie kropeczek. Pachnie przepięknie- mocno owocowo, dokładnie jak owoce leśne, a zwłaszcza jagody. Konsystencja jest wodnisto-kremowa, podobna jak w większości smakowych jogurtów dostępnych w Polsce. W smaku produkt jest słodziutki, chociaż momentami delikatnie kwaskowy, mocno jagodowy, pełen smaku. Od czasu do czasu wyczuwalne są malutkie kawałki owoców.


Jogurt zdecydowanie wkupił się w moje kubki smakowe. Ma w sobie dużo smaku, dużo owocowej słodyczy. Nie czuć żadnego posmaku soi, spokojnie można zastępować nim zwykły nabiał. Zastanawia mnie zawsze tylko jedna kwestia- na obrazku są borówki, w smaku jagody, a na opakowaniu napisane jest blueberries. Tłumaczy się to zarówno jako jagody i borówki. Nie rozumiem tego, w końcu to są zupełnie dwa różne owoce, powinny mieć oddzielne nazwy.


Ocena: 5+/6

Gdzie kupić: Bułgaria, sklepy ze zdrową żywnością.

niedziela, 24 września 2017

#224 Recenzja: Milbona, jogurt z wsadem waniliowym i musli.

Kilka miesięcy temu degustowałam bio jogurt z wsadem bananowym i musli i byłam nim zachwycona. Dlaczego więc nie powrócić do produktów tej firmy i nie spróbować innego wariantu? Dzisiaj pod ostrze noża idzie smak waniliowy, czy wypadnie równie dobrze co poprzednik? 

Czyżby producenci posłuchali mojego zdania i usunęli kilka fragmentów na opakowaniu? Przy bananowym koledze doczepiłam się kilku szczegółów, a tutaj ich już nie ma. No i nie powiem, bo jest o wiele lepiej. Nie ma bałaganu, chaosu, wszystko ma swoje miejsce, ładnie się uzupełnia, nie mam się do czego przyczepić. Teraz zostaje tylko przejść do degustacji.


Mamy do dyspozycji dwa produkty w jednym- musli oraz jogurt. To pierwsze pachnie słodko, zbożowo i cukrowo, natomiast to drugie delikatnie, subtelnie, mało intensywnie i waniliowo.


Jogurt ma mało gęstą konsystencję, bardziej wodnistą. Jest słodki, ale ta słodkość jest delikatna i naturalna, nie zasładza ani nie pali w gardło. Waniliowy, dziewczęcy, subtelny- przepyszny. Musli jest chrupiące, zbożowe, lekko słodkie i delikatnie mleczne. W środku znajdują się orzechy, które są pełne smaku, bez żadnych zbędnych dodatków, po prostu niebo w gębie.


Połączenie obydwu warstw daje bardzo smaczny, delikatny, mleczny, trochę maślany, waniliowy, delikatnie słodki, zdrowo smakujący zestaw. Nie zawiodłam się, a nawet wręcz przeciwnie, ponownie zachwyciłam się smakiem i na pewno wrócę do tych jogurtów. Z tego co pamiętam jest jeszcze jeden wariant, więc chętnie się na niego skuszę. 



Ocena: 6/6

Gdzie kupić: Lidl

piątek, 22 września 2017

#223 Recenzja: Micare, wegańskie lody czekoladowe.

Od dzisiaj jestem oficjalnie pełnoletnia. Kończę 18 lat. Kurczę, jak to brzmi.. a jeszcze niedawno płakałam za mamą w przedszkolu, występowałam w przedstawieniach w podstawówce, miałam ogromny dylemat nad wyborem gimnazjum, potem nad liceum... czas pędzi bardzo szybko. Właściwie to nie czuję żadnej zmiany, w środku dalej jestem małą dziewczynką, dalej mam pluszaki, dalej płaczę na bajkach. Jedyne co to dostanę dowód i będę musiała sama chodzić do lekarza. Zamierzam świętować ten dzień, jutro wyprawiam imprezę dla znajomych i rodziny. Powiem Wam szczerze, że stresuję się okropnie. Jestem raczej spokojną osobą, a tymczasem będę musiała do każdego podejść, zagadać, dbać żeby się dobrze bawił.. ale staram się myśleć pozytywnie i będę po prostu się dobrze bawić, taki mam plan :)

Aktualnie siedzę w domu, bo jak większość osób, coś mnie złapało, a jednak nie chciałabym się rozchorować na jutrzejszą imprezę. Na tę idealną, zimną pogodę przedstawię Wam dzisiaj... lody. Ale nie byle jakie, bo całkowicie wegańskie.


Jak tylko dojrzałam je w sklepie, to nie było opcji, musiały być moje! Co z tego, że nie jestem miłośniczką czekoladowych lodów i co z tego, że cena była naprawdę wysoka jak na lody... koniecznie musiałam ich spróbować.
Opakowanie jest utrzymane w kolorach raczej stonowanych, klasycznych. Panuje spokój, ład i porządek. Oprócz nazwy i logo firmy oraz smaku widzimy zachęcająco wyglądające gałki lodów oraz kostki czekolady. Możemy też zauważyć wiele zachęcających napisów- wegańskie, bez nabiału, bez laktozy, bez glutenu. Wielka szkoda, że nie ma takich produktów dostępnych w zwykłych marketach. Na szczęście wszystko powoli się zmienia, bo coraz więcej ludzi decyduje się na diety całkowicie roślinne. Ale nie o tym teraz, a o lodach.


W środku zastałam bardzo intensywnie brązowe lody. Właściwie nie miały żadnego zapachu, zapewne z powodu mocnego zamrożenia. Musiałam jakąś chwilę poczekać żeby w ogóle wbić się w środek łyżeczką.


W konsystencji są mocno zbite, ale mogłabym je opisać jako coś pomiędzy sorbetem a zwykłymi, mlecznymi lodami. W smaku mocno czekoladowe, mocno kakaowe. Mało słodkie, bardziej deserowo-gorzkie; moim skojarzeniem był kakaowy batonik Raw Energy.


Te lody odbiegają od tych tradycyjnych, mlecznych, ale to nie zmienia faktu, że są naprawdę smaczne. Zaskoczył mnie ich bardzo intensywny smak. Jest to zapewne spowodowane tym, że nie ma w składzie mleka, które nadaje mleczności i delikatności, a w jego miejsce jest więcej kakao. Chętnie wróciłabym do tego smaku, ale na pewno niezbyt często, ze względu na cenę.


Ocena: 5/6

Gdzie kupić: sklepy ze zdrową żywnością.

środa, 20 września 2017

#222 Recenzja: Kazimierski Skład Towarów, trufla miodowa.

Pamiętacie mój wyjazd pod koniec czerwca? Jeśli nie, albo nie czytaliście o nim, to zapraszam tutaj- KLIK. Kupiłam wtedy kilka rzeczy- batoniki oraz krówki. Dzisiaj przyjrzę się pierwszej rzeczy- trufli miodowej. Kompletnie nie wiem czego mogę się spodziewać, bo nigdy czegoś podobnego nie jadłam.

Opakowanie jest przepiękne i zdecydowanie wyróżniające się na tle innych. Miejscowo przezroczyste opakowanie pozwala nam dojrzeć co będzie w środku. Całość przykryta jest tekturową karteczką oraz po bokach związana sznureczkami. Dzięki wszystkim tym oryginalnym elementom graficznym ma się wrażenie, że to coś zupełnie innego, dobrego, wysokiej jakości, regionalnego.


W środku zastałam twardą, ciemno brązową baryłkę, która po spotkaniu z ciepłą ręką zostawia na niej ślady. Pachnie ładnie i przyjemnie- deserową czekoladą, mocno kakaowo.


Batonik jest bardzo mocno zbity, twardy, trzeba go przeżuwać, przeżuwać i przeżuwać w ustach, aż w końcu zaczyna się rozpuszczać. Mocno się klei, zarówno w ustach, jak i w rękach, więc potem trzeba się umyć. W smaku na pewno jest mało słodki, kakaowy, trochę gorzki, deserowy. Pod koniec jedzenia wyczuwalna jest nutka alkoholu. Tylko... gdzie jest ten obiecany miód? W końcu produkt nazywa się trufla miodowa, więc jednak powinien być to wyczuwalny składnik.


Nie jestem zachwycona. Po pierwsze, nie podoba mi się konsystencja. A po drugie, smak też czterech liter nie urywa. Po prostu deserowo-gorzko-kakaowy, mało słodki ulepek z posmakiem alkoholowym. I tyle. Raczej nie skuszę się więcej.

Ocena: 3-/6

Gdzie kupić: Kazimierz Dolny.