piątek, 30 września 2016

#72 Moje śniadania- część 1.

Hejka!
Zainspirowana serią na blogu Zuzi (http://let-it-sweet.blogspot.com/) postanowiłam również u siebie rozpocząć posty ze swoimi śniadaniami (również z obiadami, ale to w osobnych postach). W każdym poście będzie po 10 przeróżnych dań. Śniadanie to chyba mój ulubiony posiłek w ciągu dnia, można wykombinować naprawdę świetne, kolorowe, ciekawe rzeczy. A ja ostatnio coraz częściej przebywam w kuchni, pichcę coraz więcej nowych dań, wypróbowuję coraz to nowsze przepisy, więc trzeba się pochwalić efektami :D
Zuzia, mam nadzieję, że się nie obrazisz, że też wprowadzam taką serię ♥


1. Naleśniki z masłem orzechowym, bio musli i syropem daktylowym.
 Jest to nic innego jak tradycyjne naleśniki, tylko jednoporcjowe. Dodatki wedle uznania (chociaż bez masła orzechowego to nie to samo :D) ale bardzo polecam to musli, ma dobry skład i jest naprawdę smaczne, a kupić je możecie w Lidlu.
50g mąki ~ jajko ~ 50ml mleka roślinnego 
Wszystkie składniki ze sobą zmieszać i smażyć na rozgrzanej patelni.



2. Bananowa owsianka z alpro o smaku gorzkiej czekolady, bio musli i masłem orzechowym.
 Bananowa owsianka to zdecydowanie moja najukochańsza! 
Płatki trzeba zalać mlekiem, następnie dodać do tego rozdrobnionego banana i (teraz dam Wam szybki sposób na owsiankę, bez gotowania) włożyć do mikrofalówki. Po wyjęciu będzie gorąca i gotowa do jedzenia :)



3. Białkowe omlety z masłem orzechowym.
2 jajka ~ 2 łyżki mleka roślinnego ~ 15g wpc ~ banan ~ coś do posłodzenia wedle uznania ~ przyprawa korzenna/do piernika
Dwa białka z jajek ubić w osobnej misce aż do gęstej piany, pozostałe składniki wymieszać w drugiej misce. Potem wszystko z obydwóch misek połączyć ze sobą, wymieszać i smażyć na rozgrzanej patelni.



4. Wegańska galaretka pomarańczowa z dodatkami.
Wegańską galaretkę dostałam od Zuzi ♥ a jej recenzję możecie znaleźć tutaj.
Na wierzch dodałam banana, dżem truskawkowy 100%, masło orzechowe i syrop daktylowy.



5. Bułka pełnoziarnista, połowa z deserkiem z mleka ryżowego, połówka z masłem orzechowym, bananem i syropem daktylowym.



6. Cynamonowa owsianka (smakuje prawie jak cini minis <3) z płatkami śniadaniowymi od Sante, bio musli z Lidla, masłem orzechowym i migdałami.
Żeby taką przygotować, wystarczy do zalanych mlekiem płatków dosypać cynamon (dużo cynamonu) i coś do posłodzenia.



7. Wieżyczka z mini naleśniczków.
4 jajka ~ 40g mąki ~ 50ml mleka
Białka ubić, zmieszać z pozostałymi składnikami i smażyć na patelni. Ja dodatkowo przełożyłam wszystkie warstwy bananem i polałam syropem daktylowym.



8. Lody bananowe z kremem czekoladowym, masłem orzechowym, podróbką cini minis i migdałami.
Dzień wcześniej trzeba zamrozić banany pokrojone w kostki, następnego dnia zblendować i gotowe. Dodatki wedle uznania :)



9. Bułeczki cukiniowe z dodatkami.

Przepis wzięłam stąd, ale dowiedziałam się o nim od Pani Chrup, dziękuję <3
Nie mam gofrownicy, więc piekłam je w piekarniku.
Smakują idealnie z masłem orzechowym, dżemem, kremami czekoladowymi :)



10. Płatki śniadaniowe od Sante z mlekiem owsianym czekoladowym, masłem orzechowym i malinami.




Mam nadzieję, że post Wam się podobał. Kolejny post z tej serii pojawi się gdy uzbieram kolejne dziesięć dań, ale jeszcze przed tym dodam swoje obiady :D

środa, 28 września 2016

#71 Recenzja: Storck, Knoppers truskawkowo jogurtowy.

Truskawkowa edycja knoppersów pojawiła się już dosyć dawno, niestety z pewnych przyczyn ją pominęłam. Później w ogóle o tym wariancie nie myślałam, bo byłam pewna, że już go wycofali. Ostatnio w czasie buszowania po sklepie spotkała mnie jednak miła niespodzianka- knoppers truskawkowo-jogurtowy we własnej osobie leżał na półce ze słodyczami! Z prędkością światła wzięłam jednego do koszyka.

Knoppersy bardzo kojarzą mi się z dzieciństwem. Zawsze kiedy jechałam na jakąś wycieczkę z rodzicami, czy na wakacje, to kupowaliśmy trzy-paki tych batoników. Teraz robią już chyba tylko pojedyncze sztuki.
Opakowanie mnie urzeka. Jest kolorowe, radosne, urocze. Dodatkowo jest małe, wszędzie się zmieści. Nic tylko kupować!


W środku zastajemy typowego, warstwowego knoppersa. Od dołu widzimy wafelka oblanego czekoladą, potem warstwę białą, znów wafelek, warstwa różowa i wafelek. Bardzo lubię właśnie tę strukturę w tych batonikach, na raz doznajemy eksplozji smaków :D 
Zapach uderzył mnie od razu po otworzeniu opakowania. Jest intensywny, ale zarazem delikatny i subtelny, truskawkowo-jogurtowy. Bardzo mocno zachęca do degustacji.


Pierwszy gryz... najpierw czuć białą warstwę, która jest bardzo delikatna, śmietankowa, mleczna. Następnie dochodzi do nas smak truskawki, a cały czas towarzyszy nam wafelek, który bardzo przyjemnie chrupie. Oczywiście musiałam rozłożyć wszystko na czynniki pierwsze. Wafelek- jest bardzo chrupiący, dobrej jakości, miałam wrażenie, że smakuje tak jakby był pieczony w piecu. Warstwa różowa- jest słodka, truskawkowo-jogurtowa, z przyjemnie chrupiącymi kawałkami liofilizowanych truskawek. Warstwa biała- solo smakuje mniej wyraziście, co jest dziwne, skoro wyraźnie ją czuć jedząc całość. Jest kremowa, słodka, delikatna, odrobinę tłusta, mleczna. Warstwa czekoladowa- ciężko było wyczuć cokolwiek, ponieważ nie była bardzo cienka.


Podsumowując, Knoppers truskawkowo jogurtowy zrobił na mnie bardzo duże i pozytywne wrażenie. Z przyjemnością wróciłam myślami do dzieciństwa konsumując go. A więc co byłoby jedząc tego tradycyjnego...

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: E. Leclerc, Carrefour.

niedziela, 25 września 2016

#70 Recenzja: Balance, belgijska czekolada z chrupkami.

Po moich ostatnich doznaniach z wegańskimi czekoladami (KLIK & KLIK) byłam dosyć sceptycznie nastawiona do tej. Niby chciałam spróbować, ale jakiś głos w mojej głowie mi podpowiadał, że to znowu będzie kicha. Z kolei drugi głos mnie namawiał, że nie wolno oceniać innych z góry, że do trzech razy sztuka. Posłuchałam się tego drugiego głosu i tak oto po raz kolejny wylądowała przede mną wegańska, bezmleczna czekolada. Czy słusznie?

Opakowanie bardzo do mnie przemawia. Jest subtelne, delikatne, skromne. Wszystko jest w przyjaznych dla oka barwach, powiedziałabym nawet, że uspokajających.


Po wyjęciu widzimy sztabkę czekolady, podzieloną na sześć rządków, każda po cztery kostki. Nie ma na niej żadnych ozdób, wzorków, pierdółek. A więc dalej ukazuje swoją subtelność.
Czekolada zdecydowanie pachnie gorzko, kakaowo. Zaniepokoiło mnie to, tamte poprzednie pachniały podobnie... ale eh, skup się na tej! No nic, trzeba spróbować i rozwiać wszelkie wątpliwości.


Smak jest delikatny, łagodny. Słodycz przychodzi dopiero po chwili, z czasem czekolada zaczyna się bardzo powoli rozpuszczać (bagienkowo! ♥) więc możemy długo delektować się tym produktem. W międzyczasie chrupią nam pomiędzy zębami chrupki. Czekolada ma mniej intensywny smak niż typowa mleczna, ze względu na brak mleka. Ale tutaj producenci tak dobrali wszystkie inne składniki, że całość jest naprawdę bardzo przepyszna.


A więc drugi głos miał rację, bo ja po prostu zakochałam się w tej czekoladzie ♥ 

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Carrefour.

piątek, 23 września 2016

#69 Recenzja: Ritter Sport, Weisse Joghurt-Mousse.

W swoich zapasach mam kilka tabliczek od Ritter Sport. Ogólnie to mam dosyć małe doświadczenie z tą firmą, ich wyrób jadłam może z raz, dwa razy, i to bardzo dawno, bo tego nie pamiętam. Dlatego teraz nadrabiam i gdy tylko znajdę jakiś ciekawy smak, a tych nie brakuje, to lądują w moim koszyku. Kiedyś jednak trzeba je też zjeść, bo nie są nieśmiertelne. Jako pierwszą wybrałam tę z najkrótszym terminem ważności.

Bardzo lubię opakowania Ritterek. Są malutkie (ale mimo to mają w sobie dużo, oj dużo- kalorii, oczywiście) i urocze. Niemieckiego nie znam, nie uczę się i nie uczyłam się, ale domyślam się, że słodycz nadziana jest musem i czymś jogurtowym. 


Czekoladę podzielono na trzy rządki, po trzy kostki w każdym. Pachnie białą czekoladą, ale taką sztuczną, plastikową, margarynową, tanią. Dodatkowo jest bardzo tłusta.


 Sama czekolada jest słodka, typowo biała- jak dla mnie bardzo dobra, bo ten ten rodzaj jest moim ulubionym. Nadzienie to taki puszek, pianka. Za to w smaku jest po prostu obrzydliwy. Strasznie kwaśny, jakiś słony- fuj, fuj, fuj. Kiedy próbowałam go samego, to aż wykrzywiało mi twarz. Jedząc całość czujemy obydwie warstwy- słodką czekoladę, kwaśny wsad. Nie współpracuje to ze sobą ani trochę, zdecydowanie nieudane połączenie. Nie byłam w stanie zjeść jej całej, ba, nawet połowa nie przeszła mi przez gardło. A i tak było mi po niej niedobrze i miałam ten okropny, kwaśny posmak w ustach. Nigdy więcej.

Podsumowując, to nie było udane i przyjemne spotkanie. Zdecydowanie nie mój gust, nie moje smaki. Mimo tej porażki nie zrażam się do Ritterek i z chęcią zasiądę do degustacji pozostałych smaków z mojej kolekcji, które wydają mi się o wiele bardziej znośne.

Ocena: 1/10

Czy kupię ponownie?- Nie.
Gdzie kupić: Netto.

środa, 21 września 2016

#68 Recenzja: BombusEnergy, Raw Protein peanut butter.

Na moim blogu zagościły już dwa batoniki od firmy BombusEnergy- kakaowy oraz bananowy. Tym drugim byłam bardzo podekscytowana, ponieważ banany to moja miłość. Tak samo jest i z dzisiejszym gościem, bowiem przyjrzymy się batonikowi o smaku masła orzechowego. Podobno najlepsze powinno się zostawić na koniec, jednak ja nie mogłam się powstrzymać :P

Opakowanie jest prawie takie samo jak u poprzednika, różni się oczywiście smakiem oraz kolorem, tutaj zamiast żółci mamy pomarańcz. Ale tak samo jest schludnie, ładnie, czysto, zdrowo, zachęcająco.


Po odpakowaniu zastajemy gładkiego, brązowego batonika z żółto-białymi kropeczkami. Pachnie pięknie- fistaszkowo, naturalnie, zdrowo, subtelnie. Zdecydowanie można odczuć różnicę w zapachu między tym produktem, gdzie naprawdę są orzechy, a tymi, gdzie jest tylko aromat orzechowy.


Baton jest miękki, bardzo łatwy do pogryzienia, w konsystencji trochę jak plastelina. Jeżeli chodzi o smak, nie zawiodłam się. Czuć orzechy, które są opatulane przez delikatną, dosłownie leciutką nutkę daktyli. To jest jak najbardziej plus, bo nie odgrywają one głównej roli, nie są mocno wyczuwalne, a jedynie uzupełniają smak orzechów, które swobodnie mogą czarować swoim smakiem. W czasie jedzenia czułam coś na wzór proszku, tak jak w wersji bananowej, jednak w mniejszej ilości. Podejrzewam, że jest to białko, jednak tutaj działa zdecydowanie na korzyść całości, ponieważ to upodabnia batonika w konsystencji do masła orzechowego.


Gdyby na ten moment ktoś zapytał mnie o ulubiony wariant smakowy batonika od firmy BombusEnergy, na pewno wymieniłabym wcześniej zachwalonego bananowego, oraz dzisiejszego delikwenta.

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: sklepy ze zdrową żywnością, ja dostałam od firmy BombusEnergy (link do fb, link do strony internetowej, jest tam informacja gdzie można kupić batony online)
Skład: daktyle, orzeszki ziemne, białko ryżowe, sól morska.

niedziela, 18 września 2016

#67 Gosia w podróży: Góry Stołowe.

Hej!
Dzisiaj nie recenzja, a kolejny post z serii "Gosia w podróży". Na wyjeździe byłam w poprzedni weekend, ale wcześniej nie dałam rady dodać wpisu ze względu na szkołę. Niestety takie dwa dni wolne od nauki swoje zrobiły i musiałam nadrabiać. 
Celem podróży były Góry Stołowe. Jakiś czas temu w książce o Polsce mama znalazła tekst właśnie o nich i bardzo chciała tam pojechać. Wyjazd był akurat urodzinowy (które będę miała 22 września, ostatnie cztery dni bycia 16-latką :o), bo od niedawna mamy taką tradycję, że na urodziny wybieram sobie jakieś miejsce na wycieczkę i tam jedziemy. 

Wyjechaliśmy ok 5 nad ranem. Na 10 byliśmy w Wambierzycach, gdzie znajduje się Bazylika Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. 




Następnie zawitaliśmy do Parku Narodowego Gór Stołowych. Ścieżką górską dotarliśmy na Szczeliniec Wielki- widoki były naprawdę śliczne. Wyżej już nie wchodziliśmy, bo niestety zabrakłoby nam czasu.









Kolejnym celem były Błędne Skały. Jest to labirynt stworzony z kamieni i szczelin pomiędzy nimi. To było coś naprawdę świetnego. Uwielbiam wszelkiego rodzaju tory przeszkód, labirynty, ciekawe szlaki. Wiele razy trzeba było się schylać, przekrzywiać, czołgać- coś świetnego. Podobno kamienie mają bardzo pozytywne oddziaływanie na osoby znajdujące się w ich pobliżu. Teraz wiem, że jest to spowodowane radością jaką wywołuje przejście tego labiryntu, endorfiny szaleją. Z wielką chęcią przeszłabym tę trasę ponownie.











Chodzenie po górach to spory wysiłek fizyczny, a więc obowiązkowo stracone kalorie trzeba porządnie naładować. Po wyjściu z Błędnych Skał zatrzymaliśmy się w jednej z budek (których swoją drogą jest tam pełno- z goframi, lodami, oscypkami, fast foodami) na pizzę mrgheritę. Jeśli kiedyś tam będziecie i będziecie zastanawiali się czy warto się na nią skusić- warto :P



Następnie udaliśmy się już w miejsce, gdzie mieliśmy nocleg. Była to niewielka miejscowość Szczytna, po której wieczorkiem się przeszliśmy.




Spaliśmy w miejscu, gdzie oprócz mieszkań była też restauracja. Zamówiłam tam margaretkę (od imienia :P) Nie pamiętam dokładnie co w niej było, na pewno jakiś owocowy syrop oraz coś bananowego, bo to właśnie banan sprawił, że wybrałam ten napój.




Kolejnego dnia z samego rana pojechaliśmy do Kudowy-Zdrój. Tam odwiedziliśmy kaplicę czaszek (coś niesamowitego, a zarazem przerażającego). W środku nie można było robić zdjęć, więc Wam nie pokażę, ale możecie sobie wyobrazić małe pomieszczenie całkowicie wyłożone czaszkami- na ścianach, na suficie. Co więcej, pod podłogą również znajdowały się ich tysiące. Są to kości ofiar wojen na ziemi kłodzkiej oraz osób zmarłych na skutek epidemii cholery.




Dalej ruszyliśmy na Szlak Ginących Zawodów. Jest to obszar zrobiony na wzór starej wioski- znajduje się tam wiele przeróżnych zwierząt, miejsce do wypiekania prawdziwego chleba (miałam go okazję spróbować, przepyszny!), młyn, dom do robótek ręcznych, a nawet miałam okazję zobaczyć pokaz garncarstwa.
















Po wyjściu z tego Szlaku poszliśmy do centrum miasta. Mogę śmiało powiedzieć, że Kudowa-Zdrój to od teraz jedno z moich ulubionych polskich miast <3









Gdybyście kiedykolwiek byli w tym mieście, to zdecydowanie polecam kawiarnię Magnolia. Byłam tam na obiedzie- naleśnikach, oraz na deserze- lodach naturalnych (wybrałam smak piernika, niebo, smakowały dokładnie tak jak piernik <3)




Po obiedzie poszliśmy odwiedzić ostatnie miejsce w czasie wyjazdu- muzeum zabawek. Zdecydowanie polecam! A ja uznałam, że kiedyś zabawki były o wiele lepsze. Teraz to nawet nie wiadomo co to jest...

Na tym skończył się wyjazd, a ja wróciłam do domu. Czas minął mi naprawdę przyjemnie, a ja coraz bardziej przekonuję się o tym, jakim pięknym krajem jest Polska.


KOLEJNY WPIS POJAWI SIĘ W ŚRODĘ :)
Posty pojawiają się w każdą środę, piątek i niedzielę.