środa, 31 sierpnia 2016

#59 Recenzja: Magnetic, mleczna czekolada z nadzieniem o smaku masła orzechowego.

Na sam początek mam kilka informacji. Jak zapewne wszyscy wiedzą, dzisiaj jest ostatni dzień wakacji, już jutro zaczyna się szkoła. Z tego powodu nie będę dodawała postów codziennie. Nie jestem w stanie powiedzieć jak często, na pewno parę razy w tygodniu. Zawsze pod koniec posta będę pisała datę kolejnej recenzji. Zawsze też możecie dodać się do obserwatorów i widzieć wszystkie nowy posty na bieżąco :) Zawsze dodaję też informacje o nowej recenzji na instagrama (fioletowe_trampki) oraz czasem na drugiego (healthygosia). Również na blogu, po lewej stronie, dodałam mini kalendarz z zaznaczonymi datami kolejnych wpisów.
Jeśli chodzi o powrót do szkoły, to jestem nastawiona raczej pozytywnie. Nawet z jednej strony nie mogę się doczekać, bo w końcu będę miała zajęcie. Ciągłe siedzenie w domu bez niczego do roboty sprawia, że wariuję. Zaczynają mi się rozszerzenia, a chciałabym naprawdę poświęcić się nauce. Mam wiele celów, które muszę osiągnąć. Dlatego będzie mnie tutaj mniej. Za to w ramach uczczenia tych wakacji dodaję recenzję czegoś, co powinno sporo osób zainteresować :D

 Miłością mojego życia jest czekolada, masło orzechowe i banany. Tak więc połączenie czekolady z bananem, czy z masłem orzechowym, to dla mnie raj na ziemi <3 Do tej pory próbowałam tylko jednej czekolady z pb, od Wawela. Nie będziecie w stanie wyobrazić sobie mojej radości kiedy w Biedronce zobaczyłam to cudeńko. Pomimo dosyć sporych rozmiarów, musiałam ją wziąć. Dodatkowo została tylko jedna, więc czekała właśnie na mnie :)

Opakowanie jest ciemno zielone, śliskie, błyszczące. Podoba mi się. Jedyne co mi przeszkadza, to rysunek masła orzechowego. Jest kompletnie nie podobny, wygląda jak jakiś krem.


Czekolada jest podzielona na bardzo ładnie zaprojektowane, prostokątne kostki, z rysunkiem rośliny. Jeżeli zamierzacie ją kupować, to lepiej trzymajcie ją w lodówce. U mnie leżała w skrzynce ze słodyczami schowanej w szafie, gdzie nie było gorąco, a mimo to zrobiła się bardzo miękka. 
Od razu po otworzeniu do mojego nosa dotarł zapach prawdziwego, intensywnego masła orzechowego, opatulonego przez delikatną, mleczną czekoladę. Obłęd.


W czasie jedzenia naprzemiennie czujemy słodycz i mleczność czekolady oraz słoność i orzeszkowość masła orzechowego (porównałabym je do pb z Lidla). Obydwa smaki razem dopełniają się idealnie. To zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy jakie kiedykolwiek jadłam w swoim życiu. Niech wszystkie czekolady, które w zamiarze mają być słodko-słone biorą lekcję od Magnetic. Naprawdę ciężko będzie ją czymkolwiek pobić.


Podsumowując, ośmielę się stwierdzić, że aktualnie jest to jedna z moich ulubionych czekolad. Balansuje na tym samym poziomie co Karmelove love z Wedla, a to naprawdę wielki zaszczyt.

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Biedronka.


KOLEJNA RECENZJA POJAWI SIĘ W SOBOTĘ :)

wtorek, 30 sierpnia 2016

#58 Recenzja: Jutrzenka, Familijne 2GO mleczno czekoladowe.

Na tego batonika miałam chrapkę już od dłuższego czasu, ponieważ uwielbiam ciastka Familijne, które bardzo kojarzą mi się z dzieciństwem (czy tylko ja zawsze oddzielałam wafelki od masy, którą zlizywałam? :D) Ale ostatnio zapasy jedzenia w moim domu bardzo się zwiększyły (zrobiłam listę produktów wraz z datami ważności i wyszło ich dużo, oj dużo...) więc nie chciałam już nic dokładać. Ale pewnego słonecznego i pięknego dnia, w pewnym sklepie w środkowej Polsce, z powodu kończącego się terminu ważności, batoniki te wylądowały na przecenie za jedynie 49 groszy. A więc jak można było nie skorzystać?

Od zawsze podobały mi się opakowania ciastek z serii Familijne. Są takie ciepłe, żywe, rodzinne, szczęśliwe.


W środku niestety nie było już tak super. Wyjęłam dwa podwójne wafelki. Były bardzo kruche i delikatne, co można zobaczyć na moim zdjęciu- trochę się podniszczyły kiedy czekały w pudełku. Ale na szczęście tylko trochę. Dodatkowo batonik nie wydzielał kompletnie żadnego zapachu. Dopiero kiedy go otworzyłam, do mojego nosa dostał się aromat kakaowy (czyli zapewne ten obiecany czekoladowy). Natomiast nic mlecznego nie wywąchałam.


Sam wafelek jest dokładnie taki sam jak w lodach gałkowych, ale chodzi o te wafelki najgorszego sortu, te najcieńsze, dmuchane, których nikt nie chce. Część biała w nadzieniu to taka pianka, słodki puszek. Natomiast warstwa ciemniejsza jest już bardziej zbita, kakaowa. Całość razem smakuje delikatnie, łagodnie, subtelnie, śmietankowo. Słodycz jest słodka, ale idealnie słodka, ani za mało, ani za dużo. Wszystko idealnie się dopełnia.



Ocena: 9/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: każdy supermarket.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

#57 Recenzja: Müller, Müllermilch pistacja & biała czekolada.

Po słabym pierwszym spotkaniu z produktem Müllera przy drugim podejściu byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Wcale nie miałam chęci na wypróbowanie go, ale jednak termin ważności gonił, a ja nie chciałam wyrzucać pieniędzy w błoto. Trzeba zacisnąć pięści i dać radę, nie ma wyjścia. Nie mam pojęcia dlaczego byłam przekonana, że w tych butlach siedzą jogurty.Są to faktycznie smakowe mleka, co nie powiem, mocno mnie jednak zniechęca.

Butelka prezentuję się bardzo dobrze- świeżo, nowocześnie. Nie mam tutaj nic a nic do zarzucenia.


Kolor niezbyt przyjemny- niby białawy, ale lekko zielonkawy, jakby było zepsute. Za to zapach... o mamo! Zapach jest po prostu cudowny. Wyczuwamy bardzo intensywną, prawdziwą pistację. Za chwilę do naszych nosów dociera naturalna, idealna, biała czekolada. Po wnikliwym obwąchaniu moje obawy trochę zmalały.


Smak jest po prostu obłędny, dokładnie jak zapach. Bardzo wyraźnie wyczuwalna jest pistacja, taka prawdziwa, nie sztuczna. A są to jedne z moich ulubionych orzechów. Jeśli chodzi o białą czekoladę, to gdzieś tam momentami się pojawia, ale dosyć słabo, jako taka słodka śmietanka. Jednak mimo tego, połączenie obydwu smaków razem serwuje naszym kubkom smakowym prawdziwy raj.


Swoją przygodę z Müllerem zaczęłam od porażki, ale mimo wszystko wybiłam się na powierzchnię. Nie skreślam tej firmy całkowicie, być może skuszę się jeszcze na inny wariant.

Ocena: 8/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: każdy supermarket.

niedziela, 28 sierpnia 2016

#56 Recenzja: Müller, Müllermilch banan & czekolada.

Od zawsze ciekawiły mnie te butle od Müllera, ale nigdy nie ruszyło mnie, żeby w końcu spróbować. Do zakupu w końcu zachęciła mnie promocja, bodajże dwie sztuki w cenie jednej. A więc kiedy jak nie teraz? I tym sposobem stałam się posiadaczką dwóch buteleczek wypełnionych jogurtem. Dzisiaj przyjrzymy się pierwszej z nich, o smaku banana z czekoladą.

Opakowanie jest bardzo ładne, po prostu. Dodatkowo ten napis "LIMITED" działa na mnie jak światło na ćmy, czy jak lep na muchy.


Jego kolor jest jak mleko czekoladowe, natomiast zapach jak mleko bananowe. Niestety ani to, ani to nie jest przyjemne i zachęcające. Dodatkowo zaskoczyła mnie konsystencja- spodziewałam się jogurtu, a dostałam takie mleczno-wodne coś. No ale cóż, mimo negatywnych odczuć, trzeba w końcu przejść do degustacji.


Moją automatyczną reakcją po spróbowaniu było "ughhhh", ale po kolejnych łykach nie było już tak tragicznie. Smak jest głównie bananowy, momentami z delikatną nutą kakaa. Całość nie zasładza, ale mimo wszystko po jakimś czasie mnie zemdliło. Müller w tym wariancie smakuje dosyć sztucznie, chemicznie.


Podsumowując, nie jest to jedna z najgorszych rzeczy jakich próbowałam w swoim życiu, ale też nie zachwycił mnie praktycznie wcale. Moje pierwsze spotkanie z Müllerem zakończyło się niestety niezbyt pozytywnie.

Ocena: 4/10

Czy kupię ponownie?- Nie.
Gdzie kupić: każdy supermarket.

sobota, 27 sierpnia 2016

#55 Recenzja: Valsoia, kremowa pasta kanapkowa z ziołami.

Jako wegetarianka, często wyszukuję coraz to nowsze pasty, kremy do kanapek. Wybór jest naprawdę przeogromny, tego samego produktu nie miałam już od kilku miesięcy, bo za każdym razem biorę coś innego. Z Valsoią jeszcze nigdy nie miałam nic wspólnego, więc kiedyś musi być ten pierwszy raz. Dlatego dzisiaj przyjrzymy się paście kanapkowej z ziołami, właśnie z tej firmy.

Opakowanie jest bardzo ładne, delikatne, skromne. Dzięki jasnym, zielonym i przyjaznym dla oka kolorom mamy wrażenie, że jest ono naturalne, zdrowe (po prostu roślinne). Napisy są w języku włoskim, więc dodatkowo czujemy się lepiej, bo próbujemy czegoś, co pochodzi aż stamtąd.


W środku pasta wygląda tak jak zwykłe, mleczne, topione serki. Biała, z kawałkami ziół, których producent jak widać mocno pożałował. Zapach jest bardzo delikatny, mało intensywny, ale da się wyczuć śmietankowość.


W konsystencji jest trochę inne niż serki topione, ponieważ jest bardziej miękkie, mniej zbite, nóż łatwiej wchodzi i łatwiej rozsmarowuje pastę na kanapce. Po włożeniu do ust rozpuszcza się w mgnieniu oka i wtedy można wyczuć coś na wzór oleju. W smaku produkt jest również bardzo delikatny, śmietankowy (śmietanka oczywiście sojowa) z dodatkiem ziół. Nic co wywołało by efekt "wow", ale też nic, co wykrzywiałoby mi twarz. Ot, zwykły serek na kanapki.


Podsumowując, pasta kanapkowa od Valsoi nie jest czymś niesmacznym. Kupiłam, zjadłam, spróbowałam, było dobre, ale to tylko tyle. Tak na spróbowanie czegoś nowego jest w porządku, ale nie urzekła mnie tak, żebym kupiła ponownie.

Ocena: 6/10

Czy kupię ponownie?- Nie.
Gdzie kupić: E. Leclerc.

piątek, 26 sierpnia 2016

#54 Recenzja: MaxSport protein chocolate bar.

Oprócz raw batonów, które ostatnio pojawiają się w masowych ilościach w sklepach, coraz częściej spotykamy też białkowe. Próbowałam już  wielu, więc jakieś doświadczenie z nimi mam, domyślam się czego można się po nich spodziewać. Ogólnie sklepy w moim mieście nie są raczej bogate w tego typu rzeczy, więc jak tylko pojawi się coś nowego, ciekawego, to od razu ląduje w moim koszyku. Tak było i tym razem- tylko raz miałam styczność z batonem MaxSport, w wersji waniliowej, dodatkowo kupiony był 130km ode mnie. Nie pamiętam już tego jak oddziałał na moje kubki smakowe, ale mimo tego, wybrałam wariant czekoladowy, bo jeszcze nigdy nie gościł w moich ustach. 

Opakowanie jest białe, a na nim widzimy ogromny napis "PROTEIN", niżej mamy informację o braku glutenu i dużej ilości błonnika, a zaraz obok smak czekoladowy. Powinno zachęcić, w końcu wypisali same zalety. Do mnie ten wygląd nie przemawia, po prostu nie trafia w moje gusta, nie ma tego czegoś. Wzięłam go, bo był po prostu czymś nowym.


W środku zastajemy sporą i dosyć ciężkawą sztabkę pokrytą brązową polewą. Pachnie bardzo ładnie- jak prawdziwa, ciemna czekolada.


Konsystencja jest twardawa, typowa dla białkowych batonów. Ale nie ciągnie się, to jest plus. W smaku powiedziałabym, że jest kakaowy. Jak takie zwykłe kakao, tylko trochę posłodzone. Albo takie kakao typu Puchatek, tylko odsączone z odrobiny cukru. To już jak kto woli. W czasie gryzienia momentami odczuwałam coś na wzór chruszczu, czasem pojawiły się jakieś grudki. Udało mi się spróbować samej czekolady, ale nie miała smaku, a przynajmniej był bardzo, bardzo słaby.  Baton nie zasładza, spokojnie można zjeść całego na raz. Jednak syci, więc jest idealny jako szybka przekąska po treningu, kiedy minie trochę czasu zanim zjemy odpowiedni posiłek.


MaxSport protein chocolate bar zostawił mnie i moje kubki smakowe z bardzo przyjemnymi odczuciami. Myślę, że skuszę się na odnowienie kontaktu z jego waniliowym kolegą.

Ocena: 8/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Carrefour, Tesco.

czwartek, 25 sierpnia 2016

#53 Recenzja: Nãkd, pecan pie bar.

Dam, dam, dam... dzisiaj pora na kolejny produkt prosto z Belgii!
Te batony widziałam już od dawna w internecie i od zawsze marzyłam żeby spróbować chociaż jednego. Niestety nie są one dostępne w Polsce. Dlatego bardzo się ucieszyłam kiedy rodzice przywieźli mi to cudeńko z wyjazdu.

Opakowanie bardzo do mnie przemawia, jest takie inne, powiedziałabym, że nawet trochę egzotyczne.


Z wyglądu jest taki sam jak wszystkie raw batony - zlepek orzechów, bakalii i wszystkich innych suszonek. Zapach również jest typowy dla surowców. Ja ogólnie to z raw batonami nie jestem w super relacji. Są w porządku, ale zdecydowanie wolę coś "konkretniejszego".  No nic, może ten akurat mnie oczaruje?


W smaku jest lekko słodki, dobrze czuć orzechy. Ogromny plus za to, że daktyle nie grają pierwszych skrzypiec, bo właśnie to najbardziej przeszkadza mi w raw batonach. Bardzo lubię daktyle, ale co za dużo, to niezdrowo. W nãkd wszystko jest dobrane w idealnych jak dla mnie proporcjach. Dodatkowo jedząc go ma się wrażenie, jakby był zrobiony z dopiero co zebranych, świeżych składników. Baton jest mięciutki, ale nie rozwala się ani też się nie klei. I nie zostawia po sobie nic w zębach, a to bardzo ważne.


To był zdecydowanie najlepszy surowy baton jaki miałam okazję do tej pory jeść, pobił na głowę wszystkie inne. Wielka szkoda, że nie jest dostępny w Polsce.

Ocena: 9/10

Czy kupię ponownie?- Jeśli tylko będę miała okazję, to tak.
Gdzie kupić: za granicą (na pewno Belgia, Niemcy, Holandia, Wielka Brytania).

środa, 24 sierpnia 2016

#52 Recenzja: Bonbon Buddies, batoniki z mlecznej czekolady + przepis.

Moja mama zna mnie bardzo dobrze- wie, że uwielbiam Minionki i ekscytuję się kiedy zobaczę jakiś produkt z nimi (pomińmy to, że mam 17 lat, cały czas chcę być dzieckiem i póki mogę, to nim jestem :D) więc kiedy zobaczyła w sklepie te czekoladki to od razu zadecydowała, że musi mi je kupić. Jako grzeczna i posłuszna córka, zgodziłam się na to :D

Opakowanie jest całkiem ładne. Całkiem, bo jednak dla mnie za dużo się tutaj dzieje. Usunęłabym ten rysunek po prawej stronie i byłoby super. Ale rozumiem, że producent chciał zachęcić do kupienia, gdyż oprócz mlecznych batoników znajdziemy w środku grę. Przy okazji, gra polega na tym, że mamy obrazek dużej ilości Minionków i naszym zadaniem jest policzenie ile ich jest z każdego rodzaju. Zabawa zdecydowanie na moim poziomie, jeśli chodzi o umiejętności matematyczne.


Po otworzeniu naszym oczom ukazuje się sześć malutkich batoników, z rysunkami Minionków na opakowaniu. No czy to nie jest urocze i kochane?


Pomimo trzech rodzajów rysunków na opakowaniach, w środku każdy jest taki sam. Mamy do czynienia z cienkim batonikiem, który po bokach obtoczony jest murami, a w środku we wgłębieniu chowają się trzy Minionki. W dalszym ciągu jestem zachwycona wyglądem. Zapach produktu jest typowo mleczny, słodki. Smak również, nie ma w nim nic innego, niezwykłego, ciekawego. Czekolada jest dosyć tłusta i rozpuszcza się proszkowato.


Podsumowując, do tego produktu jestem nastawiona neutralnie. Nie było w nim nic niedobrego, ani nic niezwykłego. Ot, zwykłe, mleczne czekoladki. Fajnie było spróbować, ale więcej nie kupię.

Ocena: 6/10

Czy kupię ponowie?- Nie.
Gdzie kupić: Netto.

~~~

Mam też dla Was przepis na coś, co zrobiłam wczoraj razem z mamą. Jest to wegański pasztet z kalafiora, jest po prostu przepyszny! <3

LINK DO PRZEPISU

wtorek, 23 sierpnia 2016

#51 Recenzja: Smart Food, baton o smaku sernika cytrynowego w białej czekoladzie.

Nie przepadam za sernikiem, nie lubię smaku cytryny w słodyczach, więc co mnie podkusiło do kupienia tego batona? Na to pytanie nigdy nie uzyskamy odpowiedzi, nie da się tego logicznie wyjaśnić. Ale cóż, może moje kubki smakowe i żołądek dadzą radę.

Opakowanie typowe dla tych Rossmanowych batonów z firmy Smart Food. Mi osobiście bardzo one się podobają. Wyglądają na takie zdrowe, dobre, wartościowe, lepsze.


Zdaję sobie sprawę z tego, że baton nie prezentuję się najlepiej. Od razu mówię, że to nie jest wina firmy, a moja- gdzieś musiałam źle go przechowywać. Ale za to możemy użyć naszej wyobraźni i wyobrazić sobie, że środek wcale nie wyszedł, a wszystko jest ładnie i równo oblane białą czekoladą :D
Zapach jest bardzo mocno cytrynowy, jakby włożyli tam skórkę z tego owocu, czy wycisnęli z niego sok. Delikatnie i nieśmiało przebija się biała czekolada. Zapowiada się naprawdę dobrze.


Bardzo się obawiałam smaku i z trzęsącym się językiem wzięłam pierwszy gryz. Czuję delikatną białą czekoladę, zaraz dochodzi do mnie cytrynowy ekstrakt... nie jest źle! A nawet jest całkiem przyjemnie. Wyczuwalna jest też lekka gorycz, co upodabnia całość do sernika. Myślę, że zostały zastosowane idealne proporcje, dzięki czemu wszystkie smaki ładnie ze sobą współgrają, żaden się nie wychyla, nie wychodzi przed szereg. Konsystencję porównałabym do krówki, jest dosyć ciągnąca. Na koniec zostawia nam resztki w zębach.


Naprawdę jestem bardzo zaskoczona. Dwa smaki, których miłośniczką nie jestem (cytrynę lubię, ale nie w słodyczach) połączone razem smakowały bardzo dobrze. Od teraz częściej będę się decydowała na połączenia, do których podchodzę dosyć sceptycznie.

Ocena: 7/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Rossman.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

#50 Recenzja: Dobra Kaloria, kawa&orzech.

Ludzie oszaleli ostatnio na punkcie batoników od Dobrej Kalorii. Nic dziwnego, w końcu ich skład jest naprawdę świetny. Ja firmę tę znałam już od dawna, bardzo często kupowałam od nich sojowe orzeszki, które tak przy okazji polecam! Na pewno wezmę pod lupę wszystkie warianty smakowe batonów i podzielę się z Wami moimi odczuciami.

Na pierwszy ogień idzie kawa&orzech. Dla mnie jest to najtrudniej osiągalny smak, ponieważ nie ma ich w Leclercu, gdzie batoniki są dostępne już w stałej ofercie. A jak wiecie (a jeśli nie, to zaraz się dowiecie) nienawidzę kawy, za to uwielbiam słodycze o smaku kawowym. Opakowanie jest bardzo ładne, proste, stonowane, jesienne. Nie razi, nie kłuje w oczy. Jest po prostu nazwa firmy, smak, malunki kawy oraz trzy bardzo zachęcające napisy- "100% natury", "0% dodatku cukru", "75% owoców&orzechów". Całość wygląda bardzo zdrowo.


Po wyjęciu widzimy dosyć maławą, ciemno brązową sztabkę. Ma zaokrąglone rogi, a na wierzchu możemy dostrzec porozrzucane po całej powierzchni bakalie, orzechy. Wygląd typowy dla raw batonów, nic nowego, nic specjalnego. Za to zapach... o rajuśku! Jest tak intensywny, tak mocny, tak prawdziwy i naturalny, autentycznie włożyli tam czystą, 100% kawę. Przyznam się bez bicia, ale długo się wwąchiwałam, bo byłam taka oczarowana.


Jego konsystencja jest sucha, porównałabym ją do zlepku piasku. W czasie jedzenia czasami chrupią nam między zębami bakalie, orzechy. Smak, podobnie jak zapach, jest bardzo naturalny. Czuć prawdziwą kawę. Teoretycznie, ze względu na mój kontakt z kawą, ten produkt nie powinien mi smakować. Ale tak nie jest, ponieważ oprócz kawy mocno wyczuwalne są też daktyle, które osładzają gorzkość.


Podsumowując. baton został wykonany naprawdę dobrze. Jest idealny na przekąskę, wszędzie się zmieści, napełni nas energią na jakiś czas.

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: Lidl, E. Leclerc, sklepy ze zdrową żywnością.

niedziela, 21 sierpnia 2016

#49 Recenzja: BombusEnergy, Raw protein banana.

Hej! Dzisiaj zaczynam recenzję batonów, które niedawno dostałam w ramach współpracy od BombusEnergy. Na początek przybliżę Wam trochę ideę produktów tej firmy.

"Bombus Natural Energy to zdrowe batony bezglutenowe, bez dodatku cukru, wyłącznie z naturalnych składników i przygotowane metodą "raw", czyli bez użycia w procesie produkcji temperatury wyższej niż 42 st. C."

Brzmi bardzo zachęcająco. Na moim blogu już pojawiła się recenzja batona Raw Energy kakaowego, więc jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to zapraszam. Tymczasem ja przyjrzę się bliżej bananowemu Raw protein. Jest to wegański, surowy, bezglutenowy, białkowy baton. Dodatkowo o smaku mojego ukochanego owocu, dlatego poszedł na pierwszy ogień :D

Opakowanie bardzo mi się podoba. Nie ma na nim chaosu, są wypisane najważniejsze informacje, kolory są idealnie dobrane- w dodatku w stylu jesiennym, a ja to bardzo lubię. Zapowiada się jak najbardziej na plus.


Po wyjęciu batona z opakowania, widzimy dosyć ciężkawą, brązową baryłkę z widocznymi żółtawymi kropeczkami (domyślam się, że są to kawałki bananów). Wygląd typowy dla surowych batonów. Jeśli chodzi o zapach, to od razu wyczułam suszone banany! Jadłam je tylko raz, ale tak mi smakowały, że zapamiętałam je bardzo dokładnie. Dałam mojej mamie do powąchania (do spróbowania też, żeby nie było, że jestem chytra i pozwolę jej tylko niuchnąć :D) i powiedziała, że wyczuwa głównie daktyle. Ale nie wierzcie jej :D Są wyczuwalne, fakt, ale dominują jednak banany.


Pierwszy gryz... aaa, wyczuwam suszonego banana! Dokładnie takiego samego, w którym zakochałam się kilka miesięcy temu. Tutaj dodatkowo jego smak jest opatulany przez słodycz daktyli. Rzecz, która rzuciła mi się w oczy język to to, że baton pozostawia po sobie taki dziwny proszek na języku. Tak jakby w środku było nadzienie z daktyli i prawdziwego, gorzkiego kakaa, a wszystko było przykryte warstwą daktylowo-bananową. Ale to na pewno nie jest kakao, bo nie ma go w składzie. Może to jest to białko ryżowe? Nie wiem, ale tak czy siak nie przeszkadza to w jedzeniu, a nawet serwuje nam coś ciekawego, innego.


Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Czuć, że nie jest to baton o smaku banana, a z prawdziwym bananem. Jest idealny jako mała przekąska po treningu, kiedy minie trochę czasu aż zjemy konkretny posiłek. 

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: sklepy ze zdrową żywnością, ja dostałam od firmy BombusEnergy (link do fb, link do strony internetowej, jest tam informacja gdzie można kupić batony online)
 Skład: daktyle 40%, banan 25%, białko ryżowe 23%, kokos 12%.

sobota, 20 sierpnia 2016

#48 Recenzja: Mondelez International, Daim.

Pamiętam, że jeszcze nie tak dawno po batoniki Daim jeździłam do szwedzkiego sklepiku w Ikei. Teraz są dostępne praktycznie w każdym sklepie, przez co straciły już trochę tę swoją magię. Nie jadłam ich bardzo długo, więc kiedy zobaczyłam je na przecenie, za dosłownie parę groszy, to zadecydowałam, że czas odświeżyć swoją pamięć.

To opakowanie zna na pewno każdy. Czerwone, rzucające się w oczy, z dużym, niebiesko-białym napisem "Daim" na środku i strzelającymi kawałkami czekolady. Jest takie inne, nietypowe, zagraniczne. Ogólnie nie lubię pstrokatych opakowań, ale to mi się podoba.


Po wyjęciu zawartości widzimy dwa cieniutkie, twarde batoniki, oblane w ciekawy sposób czekoladą. Pachną bardzo ładnie, czekoladowo, mlecznie, słodko.


Czekolada jest dosyć twarda, nie ma mocnego i wyrazistego smaku, na pewno jest słodka. Szybko rozpuszcza się na języku. Natomiast nadzienie o smaku karmelu jest bardzo mocno zbite, strasznie twarde, aż można sobie połamać zęby. W smaku jest słodko-słone, a ja to uwielbiam. Połączenie polewy ze środkiem daje bardzo ciekawą i smaczną całość. Niestety baton jest bardzo ciężki do pogryzienia, bo nie dość, że bolą zęby, to jeszcze trzeba to to gryźć, gryźć, gryźć... czy wspominałam, że jeszcze trzeba gryźć? Dodatkowo zostawia po sobie sporo resztek w zębach. A może stety, bo właśnie to czyni ten produkt wyjątkowym?


Podsumowując, pomimo bólu zębów i bólu szczęki, Daim ma w sobie to coś, co kupiło moje serce. Czyli jednak stara miłość nie rdzewieje.

Ocena: 9/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: praktycznie każdy supermarket.

piątek, 19 sierpnia 2016

#47 Recenzja: NaturAvena masło orzechowe miodowe + współpraca.

Moje dwie miłości to zdecydowanie czekolada i masło orzechowe. Zastanawiające jest więc, dlaczego tych dwóch rzeczy jest u mnie najmniej... czas to zmienić! Kilka czekolad mimo wszystko się tutaj przewinęło, ale masła orzechowego jeszcze nie było. 

Masła tej firmy pojawiły się u mnie dopiero niedawno. Są trzy warianty smakowe- miodowe, czekoladowe i bez żadnych dodatków. Dzisiaj przyjrzymy się temu pierwszemu. Słoik jest bardzo ładny, uporządkowany, stonowany. Nie ma żadnego elementu, który w jakiś sposób mógłby drażnić nasz wzrok. Dodatkowo ogromną zaletą jest to, że nie jest wykonany ze szkła, a z plastiku. Więc gdyby komuś przez przypadek masełko się wymsknęło, to nic się nie stanie.


Po otwarciu widzimy jasnobrązową masę, z małymi kawałkami orzeszków. Wygląda mi to na sezam, ale to na pewno są orzechy arachidowe, ponieważ oprócz nich i miodu nie ma nic innego w składzie. Na wierzchu, jak to zawsze bywa w masłach, zebrała się warstwa oleju (wylałam ją, więc na zdjęciu jej nie zobaczycie). Pachnie, uwaga uwaga, zaskoczę Was- orzechami! Oprócz tego wyczuwam aromat oleju, tłuszczu. Wwąchiwałam się w masło dosyć długo, chyba za długo, bo zaczęłam czuć kawę... ale kto normalny aż tak długo wącha produkt, zanim zabierze się za konsumpcję?


Konsystencja jest bardzo mocno zbita i twarda, miałam problem żeby wbić w nią łyżkę. 
Masło jest faktycznie słodkie. Ale nie myślcie, że jest jak jakaś przesłodzona pasta na kanapki czy typowy słodycz, bo nie, aż tak to nie. Jest po prostu wyczuwalny miód. Najbardziej czuć orzechy, rzecz jasna.
Produkt bardzo zamula i zakleja buzię, ale w końcu to masło orzechowe, nie może być inaczej. W czasie jedzenia da się wyczuć te malutkie kawałeczki orzeszków, ale dosyć rzadko. Podejrzewam, że one są tylko na wierzchu, w środku wszystko już powinno być gładkie.


Całość jest naprawdę bardzo dobra. Producenci idealnie dobrali proporcje miodu do orzechów. Gdyby dali go więcej, byłoby za słodkie, natomiast gdyby dali go mniej, nie byłby w ogólne wyczuwalny.

Ocena: 10/10

Czy kupię ponownie?- Tak.
Gdzie kupić: E. Leclerc.

Jestem bardzo szczęśliwa, ponieważ udało mi się nawiązać swoją pierwszą współpracę, z firmą BombusEnergy. Wczoraj dostałam od nich cudowną paczuszkę, a recenzje jej zawartości już wkrótce zaczną pojawiać się u mnie na blogu :) Tymczasem zapraszam Was na ich stronę na facebooku oraz stronę internetową.

czwartek, 18 sierpnia 2016

#46 Recenzja: Fruit Bowl, batonik truskawkowy.

Podczas wizyty w sklepie ze zdrową żywnością na półce zobaczyłam batona. Był różowy, owocowy, miał super skład- no po prostu mnie wołał! Ale nie usłyszałam krzyków tego maleństwa, poszłam do kasy. W czasie płacenia znowu zauważyłam różowego, owocowego batonika. To on! To znak, trzeba go wziąć. I wzięłam. Jakież było moje rozczarowanie gdy w domu zauważyłam, że wzięłam coś zupełnie innego... z gorszym składem, w ogóle mnie nie zachęcał. Ale skoro kupiłam, to zjeść trzeba. Mam nauczkę, żeby zawsze przyglądać się temu co biorę. Mam jednak wielką nadzieję, że może z tą przypadkową zdobyczą nie będzie tak źle? Może okaże się czymś naprawdę smacznym?

Opakowanie jest ładne, przyjemne dla oka, niecodzienne. Widzimy na nim przyjaznego, różowego krokodyla. Może zwierzak tak się zakochał w tym batonie, że aż zmienił kolor? To w sumie lepiej żeby ta słodycz nie była aż tak dobra, bo różowa to ja nie chciałabym być...


Po wyjęciu widzimy taki o to patyk. Lekko różowy, twardawy. Zapach jest bardzo słaby, ale da się wyczuć delikatną nutę truskawki.


Biorę gryza... konsystencja jest dziwna. Porównałabym ją do plasteliny, ale takiej trochę utwardzonej.
Smak... uh, jaki smak. Toż to smaku nie ma. Czuję jedynie aromat truskawkowy, a tak to całość jest nijaka. Nieprzyjemnie się to je. Fuj. Zero przyjemności, zero frajdy. Od teraz zawsze będę patrzeć, czy w moich rękach ląduje to, czego naprawdę chcę.


Ocena: 1/10

Czy kupię ponownie?-
Nie.
Gdzie kupić: sklep ze zdrową żywnością.

środa, 17 sierpnia 2016

#45 Gosia w podróży: Niemcy, Austria, Włochy, Chorwacja, Słowenia.

Hej! Dzisiaj nie recenzja, a początek nowej serii na blogu, zatytułowanej "Gosia w podróży". Uwielbiam jeździć, podróżować, poznawać nowe miejsca. Dlatego postanowiłam, że będę się tym tutaj dzieliła. Pierwszym opisanym wyjazdem będą tegoroczne wczasy. Tak więc zapraszam do czytania!

Celem podróży były Włochy. Jechałam samochodem, więc po drodze musiałam mieć noclegi w innych miejscach, bo nie dało by się przejechać tylu kilometrów na raz.

NIEMCY
 Pierwszym przystankiem były Niemcy, konkretniej Bawaria, miasto Schwangau

taki piękny miałam widok z tarasu <3

tutaj również zdjęciu widoku z tarasu


W Shwangau zwiedziłam dwa zamki. Pierwszy z nich to Neuschwanstein, którego pierwszym właścicielem był Ludwik II. Został wybudowany w1869r. Każdy z Was na pewno widział go wiele razy, ponieważ jest to zamek, który pojawia się na początku bajek Disneya.




Drugim zamkiem był Linderhof, który również należał do Ludwika II. Przed i za zamkiem jest ogród, całość robiła naprawdę bardzo duże wrażenie. Znajduje się tam również fontanna, która wyrzuca wodę co trzydzieści minut.



AUSTRIA

Kolejnym przystankiem była Austria, miasto Innsbruck. Tam nic nie zwiedzałam, ponieważ dojechałam dosyć późno, a następnego dnia rano trzeba było jechać dalej. Ale za to przeszłam się pod mieście i zdążyłam je polubić.





WŁOCHY

W końcu dotarłam do Włoch, ale jeszcze nie do docelowego miejsca. Najpierw odwiedziłam Weronę, którą większość zapewne zna z lektury "Romeo i Julia".


napis oznacza "Dom Julii"

to jest balkon, przy którym Romeo wyznawał Julii miłość


W tym samym dniu zawitałam również do Bolonii, gdzie miałam trzeci nocleg.

taki miałam widok z okna :)


dwie krzywe wieże, z których słynie Bolonia


 Kolejnym miejscem było miasto Chiavari, które było celem mojej podróży. To tam spędziłam osiem dni. Nie jest do znane miasteczko, jest dosyć małe, nieturystyczne. Ale posiada dostęp do morza, centrum, wiele restauracji, kafejek.

taki piękny miałam widok z okna <3 a do morza tylko 23 kroki :)
woda była tak czyściutka, że można było się w niej przeglądać. plaże niestety kamieniste







Pomimo tego, że Chiavari nie jest dużym i popularnym miejscem, to naprawdę dużo się w nim działo. Udało mi się załapać m.in na koncert, gdzie zespół przebrany za Beatlesów śpiewał ich utowry, oraz na targ jedzeniowy, można było spróbować naprawdę wielu ciekawych rzeczy z różnych europejskich krajów.
Ja skusiłam się na focaccia al formaggio di Recco, są to dwie warstwy ciasta (z mąki, oliwy z oliwek i soli) z włożonym między nimi ciągnącym się serem. Smakowało bardzo ciekawie, dobrze. Jest to specjał oczywiście włoski :)


Drugą rzeczą z tego targu był gofr z nutellą i cukrem pudrem, specjał belgijski.


W czasie pobytu w Chiavari pociągiem udałam się na wycieczkę do Portofino. Zobaczenie tego miasta od zawsze było marzeniem mojego taty, więc skoro byliśmy tak blisko, to nie było opcji żebyśmy tam nie skoczyli. Zresztą po zobaczeniu zdjęć w internecie, ja też koniecznie chciała tam pojechać. Portofino to naprawdę przepiękne, kolorowe miasto, wyjęte prosto jakby z bajki. Zakochałam się.






 Z powrotem przez 5-kilometrowy odcinek drogi zdecydowaliśmy się wracać na pieszo, ponieważ widoki był po prostu nieziemskie!







W czasie drogi zawitałam do miasta na moją cześć :D


Byłam też na wyciecze w Pizie, w odwiedzinach u krzywej wieży (faktycznie jest krzywa!)



Włochy kojarzą się oczywiście... z włoskim jedzeniem! To zdecydowanie moja ulubiona kuchnia.
Jak już pisałam, mieszkałam w nieturystycznym miasteczku. Dlatego restauracje z typowo obiadowymi rzeczami były otwierane dopiero od 19:00, wcześniej nie dało się zjeść nic konkretnego. Włosi mają inny schemat jedzenia niż my. Rano jedzą śniadanie w postaci słodkiego pieczywa, do tego owoce, kawa. Potem jedzą lekki lunch. Dopiero pod wieczór jedzą kolację, ale porządną, do tego deser, lampka wina i siedzą tak aż do nocy.

Poniżej są produkty, o których każdy najpierw myśli po usłyszeniu "włoska kuchnia"- makaron i pizza. Nic dziwnego, Włosi są w tych dziedzinach naprawdę mistrzami. Nie wiem jak oni to robią, ale ich jedzenie jest po prostu przepyszne.

od lewej: makaron z pomidorami i bazylią, pizza margherita, makaron arrabiata

Coś, co zdecydowanie trzeba zjeść będąc we Włoszech to bruschetta. Jest to pieczony chleb, moczony w oliwie z oliwek, z przeróżnymi dodatkami. Po prostu cudo! <3



CHORWACJA

W Chorwacji spałam w miejscowości Pula przez cztery dni. Miasto jest dosyć spore, jest wiele zakątków, ulic, po których można się przespacerować. Jest też wiele muzeów, katedr do zwiedzenia. Ja byłam w amfiteatrze, który często jest nazywane Koloseum w Puli.






tutaj plaże również był kamieniste, z tym, że kamienie były o wiele większe i było jeszcze niewygodniej

W drodze powrotnej wstąpiłam jeszcze do miejscowości Hum, która jest najmniejszym miastem na świecie- mieszka w nim zaledwie 23 mieszkańców. Faktycznie jest malutkie, ciche, spokojne. Tak żeby odwiedzić na chwilę jest naprawdę super, ale gdybym miała zostać tam na dłużej, to chyba bym oszalała.




SŁOWENIA

Ostatnim miejscem z noclegiem było miasteczko Kamnik, w Słowenii. Chociaż bardziej bym powiedziała, że to taka wioska. Nigdzie nie chodziłam, bo nawet nie było gdzie. Za to miałam bardzo przytulny domek z widokiem na jeziorko (sztuczne, ale jednak było ładne).





 Później spokojnie wróciłam do domu. Było świetnie- zobaczyłam nowe miejsca, spróbowałam nowych rzeczy, poznałam inne zwyczaje, miałam możliwość czynnego ćwiczenia języka angielskiego. Ogólnie wyjechałam na ok. 3 tygodnie, to dosyć długo, więc pod koniec już powoli tęskniłam za domem, a zwłaszcza za moim kotem.